wtorek, 20 października 2015

Rozdział 7

4 komentarze:
Poczułam ulgę, gdy w końcu przestał wywiercać dziurę w moim ciele, która tworzyła się, gdy przyglądał mi się tymi czarnymi oczami bez dna. Moje ciało rozluźniło się i nabrałam odwagi. Przekroczyłam próg drzwi i zamknęłam je. Omiotłam pokój zmęczonym spojrzeniem. Sasuke stał na środku i czekał na słowa Tsunade. Schowałam się w cieniu i oparłam o zimną ścianę. Przyjrzałam się plecom chłopaka, na których widniał jego znak klanu. Wachlarz w kolorach bieli i czerni. Miało to swoje znaczenie, o którym chyba każdy wiedział. Na szczęście, a może nieszczęście, nic czarnowłosemu nie było. Nie, żeby mnie na nim zależało, ale gdyby jednak coś było z nim nie tak, to mnie by się oberwało. Tsunade naprawdę się wściekła na moją nieostrożność i głupotę, więc w ramach kary Sasuke stał się moim pacjentem. Błagałam ją, aby inny lekarz został mu przydzielony, ale nie zmieniła zdania. Powstrzymałam się od głośnego ziewnięcia, zaplotłam ręce i z uwagą przysłuchiwałam się słowom blondynki, która nerwowo stukała paznokciami o blat. Jedynie ten dźwięk zakłócał ciszę zanim czcigodna postanowiła się odezwać.
-Nie wiem od czego zacząć. Jest to bardzo ciężka i dziwna sytuacja, Sasuke. I co ja mam z tobą zrobić? - westchnęła ciężko i naparła łokciami o biurko podpierając głowę na dłoniach i zakładając nogę na nogę. -Wiesz, że starszyzna chce twojej śmierci? Zresztą, jak większość osób, które wypowiadały się na ten temat. - Przymknęła oczy i skrzywiła się. -Albo chociaż dożywocie w więzieniu o zaostrzonym rygorze, rozumiesz? - Prawie warknęła. Była w sytuacji podbramkowej. A co powie Naruto, Kakashi? Inni znajomi z rocznika? Nie mam zielonego pojęcia w jakich kto był stosunkach międzyludzkich, ale na pewno znajdą się osoby, które staną za nim murem. Nie śmiałam się odezwać, nawet nie miałam słów ni ochoty. Stałam jak sparaliżowana. Jedna część krzyczała żebym broniła Sasuke, podpowiadała, że jeśli będzie trzeba to z nim ucieknę, ale druga zaś krzyczała, że należy mu się. Byłam rozdarta, pomóc mu czy może sprawiedliwości w ukaraniu go? Nerwowo zacisnęłam pięście na rękach ignorując ból. Zmęczenie zaćmiewało mój umysł błagając o sen. Ale z drugiej strony, dlaczego mam mu pomagać? Moja słaba i irytująca część wciąż gdzieś w środku mnie istniała i marzyła o szczęśliwym końcu z tym bałwanem.
-Więc co cię powstrzymuje? - zapytał po długiej ciszy, opanowanym tonem jakby nie interesowało go, że może już jutro wąchać kwiatki od dołu, albo zgnić w więzieniu. Tsunade jednak nie odpowiedziała tylko skrzyżowała ręce na piersiach i oparła się o swój fotel. Przymrużyła oczy ze zrezygnowaniem.
-Dopóki nie zdecyduję co z tobą zrobić znajdziesz się w więzieniu tymczasowym - rzekła po krótkiej chwili ciszy. Nagle w pokoju pojawili się ci sami faceci co w szpitalu. -A tymczasem będziesz przesłuchiwany - dodała, gdy został skuty kajdanki i wyprowadzony z pokoju. -Sakura... - jęknęła, prawie płacząc. Spojrzałam na nią zdziwiona. Podeszłam do biurka i usiadłam na przeciw niej. Nawet to zwykłe, twarde krzesło wydawało się idealnym miejscem do spania.
-O co chodzi, Tsunade? - zapytałam niemrawo, dając jej znaj żeby kontynuowała.
-I co ja mam z nim zrobić? Wielu pragnie jego głowy, ale co z Naruto?! Jeśli coś się stanie Sasuke to wpadłby w szał i pewnie rozwalił całą wioskę! - wyrzuciła to z siebie -Bycie hokage wcale nie jest łatwe - fuknęła zła jak osa. Przeczesałam włosy i spojrzałam na słońce, które niedawno zaczęło swą wędrówkę po nieboskłonie. Na drogach Konoha było coraz więcej osób. W większości byli to ninja wracający, bądź idący na misję.
-Wybacz Tsunade, ale nikt nie mówił, że będzie łatwo... Nie potrafię ci pomóc. Jedyne co mogę zrobić to porozmawiać z Naruto, ale jak się uprze... Nawet moje słowa nic nie dadzą - stwierdziłam smętnie. Naparłam całymi plecami o krzesło i położyłam stopę na kolano sprawiając, że siedziałam w rozkroku. Przymknęłam oczy i pozwoliłam sobie na długie, ale ciche, ziewnięcie. Marzyło mi się moje łóżko i spokój.
-Mogłabyś pójść do Shikamaru i powiedzieć mu, że chcę porozmawiać? - W jej głosie wyczułam zmęczenie. -I gdybyś mogła... Opisałabyś mu sytuację? Nie mam siły na tłumaczenia - dodała, obracając się w stronę okna i obserwując spokojnych mieszkańców, którzy nawet nie wiedzą o tym, że jeden z najgroźniejszych shinobi jest w wiosce. Chociaż znając plotkary jakie pracują w szpitalu jutro już cała wioska będzie o tym wiedzieć i rozmawiać. I w ten oto sposób znajdzie się na ustach całej wioski, pięknie. Nawet groźby od ANBU ich nie powstrzymają! Podrapałam się po głowie przypominając sobie, jeden, ważny fakt.
-No dobrze Tsunade. Ale w zamian mogłabyś coś dla mnie zrobić? - zapytałam niewinnie. Spojrzała na mnie podejrzliwie. Mruknęła coś niezrozumiałego pod nosem.
-O co chodzi? - rzekła spokojnie. Pewnie już jest tak zmęczona, że nawet sił na złość nie ma.
-Zwolnisz mnie z dzisiejszego treningu? Ma się odbyć za... - Spojrzałam na zegar -...pół godziny. Jestem strasznie zmęczona! - pożaliłam się, a ona jedynie westchnęła.
-No niech ci będzie. - Uśmiechnęła się szczerze. Lubiłam ten jej, szczery uśmiech. Kojarzył mi się z tym matczynym. Uśmiechnęłam się od ucha do ucha.
-Dziękuję! - krzyknęłam i wybiegłam z pomieszczenia kierując się w kierunku domu Shikamaru. Nagle moje ciało przeszyłam dawka energii na myśl o odpoczynku, który przyjdzie po wykonaniu prośby Tsunade. W sumie dawno nie rozmawiałam z Shikamaru. Często po śmierci moich rodziców rozmawialiśmy. Nauczył mnie nawet grać w jego ulubioną grę, w którą często gra z Asuną. Bardzo mi pomógł. To był bardzo ciężki czas. Strata rodziców, brak Naruto, tęsknota za Sasuke i jeszcze kłótnia z Ino. Wtedy byłyśmy bardzo pokłócone, a Hinata wraz z Kibą i Shino byli ciągle na misjach szpiegowskich, w końcu ich umiejętności są do tego idealne. Z Nejim nie miałam wspólnego języka, Tenten miała mało czasu. Trenowała całymi dniami, a Lee... To Lee. Nie miałam im tego za złe. Przynajmniej zaprzyjaźniłam się z Shikamaru i dowiedziałam się, że jest bardzo rozmowny i jest wiele rzeczy, które jednak go nie irytują. Nawet nie zauważyłam kiedy znalazłam się pod drzwiami domu przyjaciela. Mogłam go tak nazywać bez żadnych przeszkód. Uśmiechnęłam się od ucha do ucha i kilka razy nerwowo przycisnęłam hałaśliwy dzwonek do drzwi, po czym kilka razy uderzyłam z pięści w drzwi. Wiedziałam, że nie będzie go tak łatwo obudzić. Nawet zaczynałam się zastanawiać nad wejściem przez okno.
-Shikamaru, śpiochu! Wstawaj i mi z łaski swojej otwórz! - wrzasnęłam z "bananem" na twarzy. Nie mogłam się doczekać jego miny, gdy mi otworzy. Sądzę, iż też się stęsknił. Usłyszałam zgrzyt otwieranych, zdziwiłam się, że tak szybko. -No, to chyba twój reko... - zacięłam się, gdy zobaczyłam w drzwiach Temari. Tą Temari z wioski piasku. Otworzyłam zdziwiona oczy. -Tem?! - wrzasnęłam w końcu. Przyjrzała mi się zamglonym wzrokiem i przetarła twarz opierając się o drzwi.
-O co... - Ziewnęła przeciągle. -...chodzi? - dodała po chwili. Przepuściła mnie, a ja skorzystałam z niemego zaproszenia. Ściągnęłam buty i spojrzałam na nią. Ta niewzruszona zamknęła drzwi i ruszyła w stronę salonu, wymijając mnie bez słowa.
-Jest Shikamaru? - burknęłam. Postanowiłam najpierw załatwić to, po co tu przyszłam, a dopiero później zapytać się co się tu wyprawia.
-Taak, co chcesz, Wi... Saki. - Usłyszałam Shikamaru. Uśmiechnęłam się. Temari podejrzliwie spojrzała, jak sądzę, swojego chłopaka. Dobrze wiedziałam, że chciał powiedzieć "Wisienko".
-To... dłuższa historia. - Przyjrzałam mu się. Miał na sobie jakieś dresy, w dodatku krzywo założone. Garbił się lekko i pocierał swoją twarz. Miał rozpuszczone włosy, trochę dziwnie w nich wyglądał. Związał je po chwili, jakby czytał mi w myślach. Temari krzątała się w kuchni, która była oddzielona blatami od salonu.
-Kawy, herbaty? - Wyciągnęła trzy kubki i dwa pudełka.
-Kawa - wypowiedzieliśmy równo z Shikamaru. Uśmiechnęliśmy się do siebie, po czym usiedliśmy na kanapie. Chłopak włączył telewizor i ułożył się wygodniej na miękkim meblu.
-Może ci pomogę, Tem? - zapytałam i podeszłam do dziewczyny. Po pokoju rozległ się dźwięk jakiegoś meczu, oczywiście, jak to chłopak, włączył kanał ze sportem.
-Jakbyś mogła... Pozmywasz? Byłabym wdzięczna. - Schowała pudełko z kawą i podeszła do wyjścia z salonu. Odwróciła się na pięcie i oparła ręce o biodra. -Ja się szybko przebiorę - dodała.
-Tak w ogóle, będziecie musieli mi chyba coś wytłumaczyć! - Temari co prawda już nie było, ale wiedziałam, że słyszała. Utwierdziły mnie w tym pośpiesznie kroki i skrzypnięcia drewnianych schodów. W zlewie leżało tylko kilka kubków, talerzy i sztućców. Co prawda nie lubię zmywać, ba, nie cierpię, ale czego się nie robi dla przyjaciół? Odkręciłam kurek z ciepłą wodą, chwyciłam gąbkę, na którą nalałam trochę płynu. W mieszkaniu rozległ się krzyk komentatorów, chyba któraś drużyna zdobyła punkt. Nigdy sport mnie zbytnio nie interesował. Wzięłam kubek do rąk, zamoczyłam go w wodzie, który nagle, ni stąd, ni zowąd mi pękł. Po pokoju rozległ się mój pisk i dźwięk, odbijających się kawałków kubka o podłogę i metalowy zlew. Na moich policzkach i bluzce znalazły się ciepłe krople wody. Shikamaru szybko znalazł się obok mnie.
-Co się stało, Wisienko? - zapytał przejęty. Teraz nawet nie powstrzymał się od użycia mojego przezwiska.

*

Zaprowadzili mnie w ciszy do jakiegoś pomieszczenia, bez okien czy mebli. Wyjątkiem było krzesło, a na ścianach wyróżniały się jedynie drzwi i duże, szklane okno, przez które i tak nic nie widziałem. Kazali mi usiąść, zakuli moje ręce i nogi, przyczepiając do twardego mebla i wyszli. Zostałem sam w niewielkim, szarym pomieszczeniu. Gdyby w drzwiach nie było klamki to normalnie poczułbym się jak w wariatkowie. Nade mną była żarówka, która oświetlała całe pomieszczenie. Jej brzęczenie odbijało się od ścian drażniąc moje uszy. Wyprostowałem nogi i przekląłem siarczyście pod nosem. Że też musiałem dać się złapać i to w dodatku JEJ. Tej irytującej dziewczynie! Gdyby ktoś mi powiedział, że Sakura Haruno mnie powstrzyma, ba, udupi to bym chyba go uznał za wariata! Nawet nie powstrzymał bym się od śmiechu. Do pokoju weszła jakaś kobieta czemu towarzyszyło skrzypnięcie drzwi. Jakaś blondynka, w kitlu. Była przerażona, widać było po oczach. W dłoni miała jakąś strzykawkę z niebieskim płynem. Chwiejnym krokiem podeszła do mnie. Była blada jak ściana, myślałem, że zaraz na zawał zejdzie, albo chociaż zemdleje. Ręka, którą trzymała strzykawkę trzęsła się, nie mogąc utrzymać się w miejscu.
-Nie martw się, nie gryzę. - Aż podskoczyła, gdy wypowiedziałem te słowa. -Ja połykam w całości. - Chciało mi się śmiać. Na chwilę zamarła. Po czym jak najszybciej potarła moje prawe ramię zimnym żelem, który miała na białym waciku, który wyciągnęła z kieszeni i wbiła igłę. Wprowadziła cały płyn do mojego krwiobiegu. -Co to? - Znów zabrałem głów. 
-S..serum p-prawdy. - Jąkała się przy każdym słowie. Ale teraz nie było to ważne. Nie dość, że jestem więźniem Konoha, nie mogę używać czakry to jeszcze mają serum prawdy, przez które wszystko im wyśpiewam jak na spowiedzi, chcąc, nie chcąc. W szybkim tempie kobieta opuściła pomieszczenie. Rozumiem, że jestem kimś, kogo wiele osób się boi, ale jednak bez czakry, w dodatku uziemiony raczej jej nie zabiję wzrokiem. No, dopóki nie mam sharingana, to nie.
-Zimnoo tuu... - zawyłem niekontrolowanie. Cholerny płyn, czułem jak z mojego mózgu robi papkę. I to w zaskakująco szybkim tempie.
-Słychać mnie? - Rozległ się po pomieszczeniu zachrypnięty głos.
-Głośno i wyraźnie. - Słowa wydobywały się samoistnie z mojej krtani. Byłem naprawdę niezadowolony z tego powodu.
-Jak wiesz, będziesz tu przesłuchiwany. Dzięki serum prawdy nie będziesz w stanie kłamać, więc nawet nie próbuj.
-Jakżebym mógł! - Udałem przejętego po czym zaśmiałem się przez chwilę.
-Pierwsze pytanie. Po co przybyłeś do Konoha? - Na każde ich pytania odpowiadałem zgodnie z prawdą. Nieważne jak bardzo chciałem się powstrzymać, na wszystkie pytania grzecznie odpowiadałem od czasu do czasu, mówiąc jakieś nieistotne bzdury. Pytali o moje umiejętności, Orochimaru, resztę drużyny przy czym dowiedziałem się, że zostali złapani, o to gdzie byłem, czasem nawet pytali o różne osoby, które zostały w niewyjaśniony sposób zabite. Odpowiedzi były różne. Niektóre krótkie, inne długie, czasem odpowiadałem w formie żartu, a czasem coś mnie, aż tak zafascynowało, że nie chciałem długo opowiadać.
-Która godzina? - palnąłem pierwsze, co mi przyszło do głowy.
-Za dziesięć ósma - rzekł znudzony mężczyzna. Po tym, jak mówił wywnioskowałem, że jest płci męskiej. Choć był taki zniekształcony i nierealny, że nawet nie zdziwiłbym się gdyby to była kobieta.
-Chce mi się pić! - burknąłem. -I chętnie bym coś zjadł... - dodałem. Z mojego mózgu została chyba tylko papka. Czułem się jak po narkotykach czy jakimś innym, dziwnym paskudztwie. No tak, ja jestem pod wpływem jakiegoś!
-Czy chcesz zniszczyć Konoha? - Totalnie zignorował moje głupie gadanie, za co byłem mu poniekąd wdzięczny.
-Nieee... A co mnie Konoha obchodzi? Mam w dupie co się z nią stanie. Czy spłonie czy zatonie, co mnie to? Byleby nikt mi w drogę nie właził! - fuknąłem nadąsany jak dziecko. Cały czas zresztą zachowywałem się jak dziecko! Chciałem się powstrzymać, znów być dumnym, zimnym Uchiha, ale zamiast tego zachowywałem się gorzej, niż wtedy, gdy miałem cztery lata.
-Mhm... - mruknął. -To koniec przesłuchania. - Głos zamilkł, a ja wydałem z siebie okrzyk radości. Miałem dość tych pytań. Mam nadzieję, że nikt tego nie nagrał i nie puści w telewizji! Choć nadzieja matką głupich, ale może jednak będzie łaskawa? Westchnąłem. Trzymają mnie tu parę ładnych godzin, na niewygodnym krześle, bez jedzenia i wody, zadają głupie pytania, a teraz mnie zostawili! Głodnego, spragnionego, na niewygodnym krześle i z wkurzającym brzęczeniem żarówki nad moją głową. Nie wiedzieć czemu obraz zaczął się rozmazywać, a ja odpłynąłem jakiś czas później. Straciłem rachubę czasu.

*

To był zły omen, bardzo zły. Za pomocą swoich umiejętności pozbyłam się niewielkiej rany i z pomocą Shikamaru posprzątałam. Po kilku minutach uspakajania go i zapewniania, że wszystko w porządku przyszła Temari. Wysłuchali od początku do końca mojej fascynującej opowieści. Oczywiście, pomijając dziwny sen. Shikamaru spojrzał się dziwnie, a Temari parsknęła.
-Dobrze temu gnojkowi. Chciałabym widzieć jego minę, nieźle go załatwiłaś - stwierdziła z kpiącym uśmieszkiem. Też nie przepadała za Uchihą. Dlaczego? Była bardzo honorową osobą i wolałaby zginąć niż zdradzić swoją wioskę. Uśmiechnęłam się i podziękowałam.
-No, no. Nieźle. Ale teraz ja muszę zapierniczać do Tsunade - powiedział gorzko chłopak. Zaśmiałam się krótko i wzięłam łyka kawy.
-A teraz - zaczęłam -czas na wyjaśnienia, prawda? Chyba należą mi się jakieś - oznajmiłam sarkastycznie. Temari spiekła raka, szybko uciekła wzrokiem i spuściła głowę. Obrazek wręcz komiczny, nigdy nie stwierdziłabym, że ta dziewczyna kiedykolwiek się tak zachowa. Shikamrau zaś nie wyglądał na jakiegoś bardzo zakłopotanego. Podrapał się w tył głowy i westchnął.
-No wiesz Sakura... To chyba oczywiste i nie musimy ci tego tłumaczyć - wywnioskował.
-A właśnie, że musicie! Muszę to usłyszeć z waszych ust. - Zaplotłam ręce na klatce piersiowej i patrzyłam na nich wyczekująco. Temari przełknęła nerwowo ślinę.
-Jakie to irytujące - zaczął chłopak -Jesteśmy parą - oznajmił, nie patrząc na mnie. Zapiszczałam wesoło i ich przytuliłam.
-Szczęścia! - wypiszczałam im do uszu, kołysząc nimi w uścisku. Tem odetchnęła z ulgą i uśmiechnęła się.
-Wyglądasz na zmęczoną - rzuciła, zmieniając temat. Skinięciem głowy dałam jej do zrozumienia, że nie tylko wyglądam, ale i jestem zmęczona.
-Cóż... Chętnie zostałabym dłużej, ale muszę pójść na spotkanie z łóżkiem, a Shikamaru z Tsunade. Tem, jak długo zostajesz w wiosce? - zapytałam, przecierając oczy, które piekły.
-Hmm... Trzy dni i wracam do Suny. - Wzięła łyka swojego napoju i przymknęła oczy. -Jestem tu na misji w ramach jednego z przestępcy, którego pojmała Suna. Został tu przetransportowany, z dala od swojej zgrai. Chyba rozumiesz. - Uśmiechnęła się i chwyciła puste już kubki, chcąc posprzątać. Po krótkiej rozmowie stwierdziłam, że czas do domu.
-Dobra, kochani. Ja lecę. - Wstałam i przytuliłam chłopaka. Podeszłam do Tem, którą też zamknęłam w uścisku. Chwilę później gnałam do domu, aby w końcu wypocząć po dziwnych wydarzeniach. Czy Uchiha się na mnie uwzięli? Najpierw Itachi, a teraz jego młodszy braciszek. Tym dłużej się nad tym zastanawiałam tym bardziej dochodziłam do wniosku, że coś naprawdę jest nie tak. Itachi, ten Itachi, ratujący biedne niewiasty z opresji? Śmiać się chce. Albo Akatsuki ma do mnie jakąś sprawę, albo coś mi się przewidziało. A może zabójca klanu i zdrajca Konoha chce w ten sposób wkupić się w łaski i móc wrócić w świetle i chwale jako bohater? Moje myśli stawały się coraz bardziej absurdalne, więc postanowiłam od razu iść spać.

*

Nie wiem ile spałem, ani gdzie jestem. Obudziłem się z potworną migreną i zaschniętym gardłem. Rozejrzałem się po niewielkim pokoju, który okazał się być celą. Szare i stare ściany tworzyły nieprzyjemną atmosferę. W całym tym niewielkim pokoju dojrzałem jedynie drzwi, żadnych mebli czy okien. Jedynie żarówka dotrzymywała mi towarzystwa. Szybko domyśliłem się, że to nie jest zwykłe więzienie. Co się dziwić. Po ścianach odbił się odgłos mojego, niezadowolonego żołądka. Westchnąłem ciężko i usiadłem po turecku, poprawiając włosy, którym przydałaby się chwila uwagi wody i szamponu. Starałem się wykryć jakąkolwiek czakrę, ale moje umiejętności nadal były zablokowane. Wsłuchałem się i szybko usłyszałem ciche kroki zza drzwi, jakieś szepty, głębsze wdechy, a nawet po chwili i spokojne, jak i mniej spokojne, bicia serc. Nie miałem wyboru i jedynie czekałem. Po chwili zainteresowało mnie to, co z moją grupą. Pomimo wszystko w jakiś sposób się do nich przywiązałem. Choć nie miałbym nic przeciwko, gdyby Karin się gdzieś zapodziała. No i interesowało mnie, co zawiodło. Nawet jeśli zorientowali się, że ja to nie ja, a mój klon to niemożliwe jest, aby Haruno przybyła tak szybko. Szczególnie, że była tam sama, a nawet jeżeli już coś umie to i tak nikt nie zaryzykowałby niepowodzeniem pojmania mnie i wysłaliby cały oddział ANBU. Od razu też wytłumaczyłem sobie, że wygrała ze mną jedynie dzięki elementowi zaskoczenia i tym, że nie znałem jej umiejętności ani jej stylu walki. Dochodziły mnie pogłoski co do pięknej różowowłosej kobiecie, która staje się naprawdę potężna i coraz piękniejsza, ale nie spodziewałem się, że pokona mnie. Poczułem irytację. Zacisnąłem ręce na kolanach i wziąłem głębszy wdech, aby się uspokoić. Nagle usłyszałem ciężkie kroki, z których dało się wyczytać zmęczenie. Skrzyp drzwi. Spojrzałem w ich stronę i ujrzałem czarnowłosego mężczyznę w kitce.
-No, no Uchiha. Kopę lat. - Usłyszałem kpiący głos Shikamaru. -A teraz wstawaj, nie ma czasu na wspominki. To strasznie irytujące, że akurat ja muszę się tym zajmować od samego rana - oznajmił niezadowolony. Posłusznie wstałem i rozprostowałem kości, wyginając plecy. Zauważyłem za plecami Shikamaru dwóch zamaskowanych ludzi w typowym stroju ANBU. Zrobili mi miejsce, a ja wyszedłem z pomieszczenia. Okrążyli mnie i chwilę później znaleźliśmy się pod drewnianymi drzwiami. Chłopak uderzył kilkukrotnie knykciem o drzwi.
-Wejść! - rozkazał stanowczy, kobiecy głos. Nara otworzył wejście do pokoju i znów zrobił mi miejsce. Kolejny raz zobaczyłem surowy wzrok blondwłosej kobiety. Przekroczyłem próg, a wraz ze mną i Skimaru po czym zamknął drzwi. Chwyciła kilka papierów, uderzyła kilka razy o blat i odłożyła idealnie ułożony stos papierów.
-Witaj, Tsunade-sama. Więc? Kiedy umieram? - rzuciłem beznamiętnie. Uśmiechnęła się przymrużając oczy. Przedstawiciel klanu Nara oparł się plecami o ścianę.
-Wraz z hokage uznaliśmy, że możesz się przydać i samemu na tym zyskać - powiedział.
-Ja? Zyskać na tym? Nie sądzę - burknąłem, zaplatając ręce. Kobieta za biurkiem przewróciła oczami.
-Akatsuki rozrabia. Konoha sobie nie radzi. Gdyby zaatakowali to po nas. My chcemy rozpadu Brzasku, a ty chcesz zemsty na Itachim - zaczęła -Pomóż nam, a pozwolę ci go własnoręcznie zabić - dodała -I tak za swoje uczynki umrze - skończyła z ciężkim westchnięciem. Zastygłem. To prawda, że o tym marzę, ale coś mi tu śmierdziało.
-Konoha mnie nie obchodzi, a bez waszej pomocy i tak go zabiję - stwierdziłem po krótkim namyśle. Nara parsknął.
-Wszyscy dobrze wiedzą, że jeśli Itachi umrze to na ciebie spadnie brzemię i obowiązek odbudowy klanu Uchiha, a nie mając gdzie mieszkać, ponieważ jest się kryminalistą nie będzie łatwo - stwierdził -Masz zamiar odbudować klan w lesie w chatce z drewna, którą samemu zbudujesz? - zażartował. Niestety, ale miał dużo racji. Dobrze wiem, że muszę to zrobić, a kwestia domu nie jest jedynym problem. Jaka kobieta zechce kogoś takiego jak ja? No chyba, że podobna do mnie, ale mało jest takowych. 
-A jaki jest haczyk? - zadałem pytanie. To było oczywiste, że od tak mnie do wioski nie wpuści.
-Przez miesiąc będziesz pozbawiony czakry i będziesz mieszkał u jednego z shinobi. Oczywiste jest, że będziesz pod nadzorem. Przez pierwsze dwa tygodnie nie wyjdziesz po za dom, w którym zamieszkasz - oznajmiła -A przez drugi będziesz mógł chodzić swobodnie po mieście. Jeśli będzie w porządku dostaniesz pierwszą misję. Jeśli nie, pozwolę cię stracić, tak, jak chciała starszyzna - zakończyła swój monolog, posyłając mi ostrzegające spojrzenie. W sumie nie do końca podobała mi się taka perspektywa, ale było wiele plusów. Zemsta i odbudowa klanu.
-A co z moją drużyną? - padło z moich ust kolejne pytanie. Słyszałem o ich pojmaniu, więc byłem ciekaw co teraz z nimi. Może jakoś bardzo się nie martwiłem, ale wolę wiedzieć na czym stoję.
-To zależy czy będą współpracować - rzekła hardo.
-Proszę się nie martwić, będą. Chcę tylko z nimi porozmawiać.
-Nie ma mowy - syknęła. Spojrzałem zdziwiony na kobietę. -Nie mogę pozwolić, abyście coś uknuli. Albo sami zechcą współpracować, albo zgniją w więzieniu. - Nie spodobała mi się ta wiadomość.
-Więc niech tak będzie, hokage-sama - burknąłem. Nie chciałem problemów. Oni sobie jakoś poradzą. Byłem ciekawy do kogo mnie poślą i z komu przypadnie zaszczyt mieszkania ze mną. Uśmiechnąłem się w duchu do swoich myśli. 


`````````````````````````````````````````````````````

To była długa przerwa. Cóż, przepraszam. Wypaliłam się. I proszę was o komentarze. Jakiekolwiek, mogą być krótkie. To bardzo motywuje, a ich brak wręcz przeciwnie. 

sobota, 11 lipca 2015

Rozdział 6

2 komentarze:
Wszystko szło gładko. Suigetsu, Juugo, Karin i mój sobowtór odwrócili uwagę od prawdziwego celu naszych odwiedzin. Niepostrzeżenie wkradłem się do budynku hokage wymijając grupę shinobi, która właśnie szła, a raczej biegła pomóc w obronie wioski. Szedłem nieoświetlonymi korytarzami w stronę biura czcigodnej. Słyszałem jakieś rozmowy za niektórymi drzwiami, ale na mojej drodze nie spotkałem żywej duszy. Stanąłem przy drzwiach pokoju, w którym znajdę ten zwój. Chwyciłem klamkę i powoli weszłem do pomieszczenia. Na szczęście nikogo tu nie było. Omiotłem pomieszczenie spojrzeniem przy pomocy sharinngana po czym wyciągnąłem dłoń po ten mały przedmiot. Nagle zza biurka wyskoczyła jakaś osoba i rzuciła w moją stronę kunai. Odskoczyłem w bok, a ostrze wbiło się w drewniane drzwi.
-Cholera... Tsunade mnie zabije. - mruknęła do siebie. Ten głos był mi w jakiś sposób znajomy. Przyjrzałem się jak stwierdziłem tej dziewczynie. Gdy dojrzałem różowe włosy sięgające za ramiona i te zielone oczy zastygłem w bez ruchu. Ona wykorzystała to i rzuciła się na mnie z zamiarem uderzenia mnie z prawego sierpowego. Doszły mnie słuchy o jej mocnym uderzeniu, więc z ostrożnością odskoczyłem w bok. Znów próbowała mnie uderzyć, ale tym razem i ja zaatakowałem swoją kataną. Jednak ona z gracją wyminęła ją i wyciągnęła kolejną broń z kabury. Przyjrzałem się jej jeszcze raz. Miała na sobie czarną bokserkę i białe szorty. Na twarzy malowała jej się zaciętość. Lewą ręką wymierzyła mi cios, a ja odsunąłem się znów. Niestety nie przewidziałem, że po prostu chce odwrócić moją uwagę od kunai'a. Wykonała szybki ruch. Odsunąłem się, gdy tylko zrozumiałem o co chodzi. Na mojej klatce piersiowej widniała długa, ale nie głęboka rana, z której zaczęła sączyć się krew. Prychnęła.
-Myślisz, że czymś takim mnie pokonasz? - wypowiedziałem te słowa z kpiną, a ona jak na złość znów parsknęła.
-Sasuke... jesteś głupi czy udajesz? - przeszły mnie ciarki na ton jej głosu. Nagle straciłem czucie w kończynach. Upuściłem katanę i upadłem na kolana. Coraz ciężej było mi oddychać.
-Trucizna? - mruknąłem do siebie.
-Strzał w dziesiątkę! Skąd wiedziałeś? - żartowała sobie ze mnie z tym wkurwiającym uśmieszkiem. Warknąłem zły po czym straciłem przytomność. Niech ją szlag!

*
Upadł na ziemię. JA, Sakura Haruno pokonałam Sasuke Uchicha! Złożyłam ręce i uformowałam parę pieczęci. Po moich obu stronach pojawiły się moje klony. Bez słów podeszły do czarnookiego i przewiesiły sobie jego ręce i razem z nim wyszły przez drzwi. Ruszyły w stronę szpitala. Trucizna, którą użyłam na nim jest niedopracowana. Ma za zadanie blokować przepływ czakry na parę godzin i sprawić, że ofiara zemdleje na jakąś godzinę, może mniej. Niestety stworzyłam ją dość niedawno i chciałam ją wypróbować niedługo, ale nie tak. Jeżeli będą jakieś skutki uboczne to Naruto mnie chyba zabije, Tsunade zresztą też. Zawsze mówiła, że zabawy trutkami są niebezpieczne i trzeba z nimi uważać. Może i jest przestępcą, ale to nie ja jestem od wymierzania sprawiedliwości. Westchnęłam po czym uznałam, że warto pomóc w części Konoha, która została zaatakowana. Jeszcze raz omiotłam pokój spojrzeniem i spuściłam głowę, oberwę za te drzwi. Wyprostowałam się i podeszłam do okna, przez które wyskoczyłam na drzewo. Skoczyłam na dach budynku i skacząc tak rozmyślałam co takiego jest ważnego w tym zwoju, że Sasuke sam się tu pofatygował. Tym bliżej byłam tym więcej słyszałam odgłosów walk i krzyków przerażonych ludzi. Trochę mnie to irytowało. Po co się drzeć skoro i tak shinobi mają za zadanie cię bronić? I bez tego cię widzą. Zeskoczyłam pomiędzy zaułkami. Kobieta, która stała niedaleko z dzieckiem, wzdrygnęła się i schowała przestraszonego chłopca za siebie. Spojrzałam na nią zdziwiona, a ona przyjrzała się mnie. Po chwili odetnęła z ulgą.
-Sakura-san... - jęknęła rozstrzęsiona aczkolwiek spokojniesza niż przed chwilą.
-Proszę iść stąd. Jest tu niebezpieczne. - oznajmiłam rzecz oczywistą. Jednak to w moim interesie leży żeby tacy jak oni byli bezpieczni. Przytaknęła i szarpnęła chłopca uciekając w przeciwną stronę mojego celu. Rzuciłam się biegiem w stronę płomieni, które przed chwilą zaczęły swój piękny i straszny taniec na niebie. Zniszczenia są ogromne.
-Naruto! - wrzasnęłam do chłopaka, który przed chwilą został ciśnięty o drzewo. Podbiegłam do zmęczonego przyjaci. Miał na sobie kilka siniaków i zadrapań, nie wiem jak organy wewnętrzne, ale teraz nie ma na to czasu.
-Sakura. - wyprostował się i po chwili stał jakby nic się nie stało. Nie powiem, twardy jest. Obok nas znikąd pojawił się Sai.
-Kto to jest? - rzekłam wskazując na trójkę dziwnych ludzi. Dwóch mężczyzn i kobietę.
-Nie wiemy, ale są już indentyfikowani przez ANBU. - oznajmił beznamiętnie czarnowłosy.
-Był z nimi też Sasuke, ale zniknął! - burknął niezadowolony blondyn. Miał pewnie nadzieję na złapanie naszego, dawnego kompana. Gdyby wiedział, że leży teraz w szpitalu i to w dodatku przeze mnie to od razu poleciał sprawdzić co z nim jest. Omiotłam spojrzeniem pole bitwy. Było wyraźnie widać, że wycofują się. No tak, Sasuke złapany to co tu po nich? Wskoczyli na mury wioski i rzucili się biegiem do ucieczki. Wielu ninja było rannych bądź wyczerpanych, niezdatnych do pogoni.
-Nie możemy dać im uciec! - burknęłam i wskoczyłam na budynek. Sai i Naruto poszli w moje ślady. Odbiliśmy się od dachu i za pomocą czakry biegliśmy po murze aby wyjść z wioski. Zeskoczyliśmy na pobliskie drzewa.
-Daleko są? - zapytał spokojnie Sai jakby w ogóle się tym nie przejmował.
-Niecałe dwa kilometry. - rzuciłam pośpiesznie odbijając się od gałęzi tak mocno i szybko, że ledwo moje nogi nadążały. Wyprzedził w ten sposób odrobinę moich kompanów.
-Sakura! - wychrypiał Naruto. Był zmęczony walką, ja niewiele zużyłam energii, więc mogłam biec o wiele szybciej. -Zwolnij! - dodał po chwili.
-Dogonię ich i zatrzymam! Są wyczerpani, poradzę sobie do momentu aż przyjdziecie! - zwolniłam trochę żeby móc spojrzeć na nich. Sai jedynie kiwnął głową zaś blondyn skrzywił się niezadowolony tym pomysłem.
-Ale Sakura... - jęknął bezsilnie nie mając argumentów.
-Poradzę sobie. - uśmiechnęłam się, a on niepewnie kiwnął głową.
-Bądź ostrożna. - dodał zanim stracili mnie z oczu. Pędziłam jak szalona odbijając się od gałęzi skacząc na kolejną. Wiedziałam, że jeżeli uciekną to będą starać się uwolnić Sasuke, a bez tego Konoha ma swoje problemy. Zbliżałam się w zastraszającym tempie. Dzieliło nas ledwie pół kilometra. Z każdym metrem starali się przyśpieszyć, ale po chwili wracali do wcześniejszego tempa, żeby jeszcze bardziej po chwili zwolnić. Uśmiechnęłam się pod nosem, gdy w ciemności nocy dojrzałam trzy sylwetki. Pomimo braku tlenu i zmęczenia przyśpieszyłam jeszcze trochę. Przeskoczyłam nad ich głowami i stanęłam na gałęzi przed nimi. Zatrzymali się. Łapczywie łykałam powietrze przyglądając się im. Czułam jak policzki mnie pieką, a nogi ledwo mnie utrzymują. Zeskoczyli na ziemię, a ja poszłam w ich ślady.
-I tylko tyle?! - wrzasnął białowłosy. -Konoha naprawdę nas nie docenia. - rzekł z pogardą. Został zdzielony przez czerwonowłosą, miałam ochotę się śmiać.
-Debilu! Ona ma jeszcze dużo czakry, wystarczająco żeby nas zatrzymać! Dwójka innych shinobi z Konohy jest już w drodze! - uświadomiła go. Chwycił on za rękojeść swej dziwnej broni.
-E tam! Damy radę. - czerwonowłosa załamała się, a rudzielec jak stał tak stoi. Chłopak o wielkiej chęci walki rzucił się na mnie zamachując się swą bronią. Odskoczyłam na bok i rzuciłam w jego stronę parę kunai. W moje ramię i łydkę wbiły się shurikeny. Dwa w ramię, jedna w łydkę. Wyciągnęłam je i zaczęłam leczyć rany, z których sączyła się krew.
-Medyk? - zapytał rudowłosy. Obok mnie pojawiła się pozostała dwojka.
-Zajmę się tym idiotą z mieczem, wkurza mnie! - krzyknął na powitanie blondyn i rzucił się w wir walki. Czarnowłosy zajął się tym milczącym, mnie została ta ruda. Wyciągnęła kilka kunai i rzuciła w moją stronę. Wyminęłam je i podbiegł do niej. Uderzyłam ją po czym patrzyłam jak leci na drzewo. Upadła na kolana i spojrzała na mnie zamglonym wzrokiem i runęła na twarz. Rzuciłam okiem co się dzieje z resztą. Na namalowanym lwie Sai'a leżeli białowłosy i rudowłosy. Podeszłam do dziewczyny, wzięłam ją na ręce i ułożył na lwie.
-Nawet pospać nie dadzą... - jęknęłam ziewając. Przeciągnęłam się i spojrzałam w niebo, które stało się odrobinę czerwone. -Super... O dziewiątej mam trening. - dodałam i wraz z resztą wróciłam do Konoha.

*

Pik... Pik... Pik... Otwarłem powoli oczy. Wnerwiające pikanie nie ustępowało. Przeklnąłem pod nosem, gdy poraziło mnie okropne światło. Gdy wszystko się wyostrzyło zauważyłem iż jestem w szpitalnej sali. Sam, nieprzypięty do łóżka, bez żadnych shinobi, którzy tylko czekają aż spróbuję uciec. Podciągnąłem się na łokciach do siadu. Czułem dziwne zmęczenie, byłem roztargnioni. Nie potrafiłem się skupić. Rozejrzałem się. Zauważyłem maszynę, która nadal irytująco pikała. Usłyszałem, że ktoś naciska na klamkę. Zerknąłem w to miejsce. Weszła tu Sakura. W białym kitlu i swoich wcześniejszych ubraniach. Bez słowa zamknęła drzwi i nie patrząc na mnie podeszła do szafki. Dojrzałem jej podkrążone oczy i zmęczony wzrok. Wzięła do ręki jakieś papiery i podeszła do mnie nadal nie patrząc na mnie.
-Czujesz nudności, bóle, otępienie? - zapytała po chwili ciszy. -Potrafisz wyczuć wszystkie swoje kończyny? - nadal zadawała pytania nie zabierając wzroku z kartki.
-Prócz zmęczenia i zdezorientowania, nie. - powiedziałem słabo. -Czemu pytasz? - drgnęła. Nie miała najwyraźniej ochoty na pogaduchy ze mną.
-Trucizna, którą na ciebie użyłam nie była dokończona. Byłeś... - zacięła się na chwilę. -...królikiem doświadczalnym. - dodała jakby nigdy nic. Że ja królikiem doświadczalnym?! A gdyby coś się stało? To nie w stylu Sakury żeby tak bezmyślnie działać! Zresztą, co mnie to? Nic mi nie jest, więc jest dobrze. Spróbowałem użyć sharingana i uciec, nie miałem ochoty tu siedzieć. Nagle fala bólu rozlała się po moim ciele.
-Co jest... - syknąłem i zagryzłem szczękę.
-Zapomniałam dodać, że to blokuje czakrę. - powiedziała rozbawiona. Świetnie, człowiek zwija się przez nią z bólu, a ona się po prostu śmieje! Prychnąłem poirytowany.
-Jest coś co powienienem wiedzieć? - byłem zły. Dawno już nikt mnie tak nie zezłościł.
-Jeżeli będą jakieś skutki uboczne w ciągu tygodnia, zgłoś się do szpitala. - wymamrotała patrząc na ścianę. Spojrzałem w stronę, w którą ona. Był tam zegar, który wskazywał piątą trzynaście rano, jak sądzę. Nagle do pokoju wtargnęli ludzie z ANBU. Chłopak na czele podszedł do dziewczyny.
-Sakura-san, zabieramy go. - oznajmił.
-Nie. - rzekła jakby było to oczywiste.
-Mamy takie rozkazy! - jego ton głosu się zmienił na ostrzejszy.
-Tsunade-sama chce z nim porozmawiać u niej w biurze. Nie martwcie się, jest nieszkodliwy. W najbliższym czasie nie będzie mógł używać czakry. - przymróżyła oczy.
-I mam ci w to uwierzyć? 
-A chcesz się narazić Tsunade? - odpowiedziała prędko wściekła. Nie lubiła sprzeciwu najwidoczniej. On tylko zacisnął pięści i odwołał swój zespół. 
-Naprawdę Tsunade chce ze mną się spotkać? - nie wiedziałem czy aby na pewno. Przecież mogła mnie odwiedzić w celi. Ona zaś przytaknęła. Cały czas omijała mój wzrok, a kiedy przez przypadek nasze spojrzenia się zbiegały, uciekała patrząc w ścianę bądź ręce. 
-Dasz radę wstać? - mruknęła, a ja kiwnąłem głową. Wstałem powoli i równie powoli ruszyłem w stronę drzwi. Po chwili mogłem już szybciej się poruszać. Sakura otwarła przede mną drzwi i prowadziła mnie w stronę biura hokage. -Nie boisz się, że ucieknę? - zadałem pytanie gapiąc się w jej plecy.
-Nie dasz rady. Teraz jesteś jak normalny człowiek, bez czakry. - powiedziała i przez resztę drogi nie rozmawialiśmy. Otworzyła przede mną kolejne drzwi, tym razem do hokage. Za biurkiem siedziała blondynka o orzechowych oczach. Widać było, że czekała na nas zniecierpliwiona. Byłem ciekaw co takiego ma mi do powiedzenia.

~~~~~~~~~~~

Za wszelkie błędy z góry przepraszam.

Wiem, rozdział krótki, przepraszam! Następny będzie na pewno dłuższy ;)

sobota, 13 czerwca 2015

Rozdział 5

7 komentarzy:
Rozdział dedykuję wszystkim czytelnikom, którzy poświęcają swój czas na czytanie mojego opowiadania. Ostatnio jest was co raz więcej :D
Też dziękuję wszystkim, którzy wzięli udział w ankiecie, nie spodziewałam się aż tak dobrych wyników :)
Dziekuję! :*
~~~~~~~~~~~~~~
Ciemność.
-Pomóż jej... Uratuj ją! Błagam... - słyszę głos jakieś kobiety. Krzyczy, jest zrozpaczona. Słyszę ją, ale niczego nie widzę. Otacza mnie mrok. 
-Jest tu ktoś? - pytam, ale odpowiada mi cisza. O co tu chodzi? Nic nie czuję, ani gruntu, zimna czy bólu. Po prostu... jestem. Słyszę płacz.
-Uratuj ją!! - słyszę po raz kolejny ten krzyk. Nagle przeszywa mnie fala strachu i bezsilności. Zaczęłam panikować, obracałam się wokół własnej osi, ale nic nie widziałam. Mój strach się nasilał, a ja nic nie mogłam zrobić. Skuliłam się i czekałam na rozwój wydarzeń.


Otworzyłam oczy. Mój oddech był szybki, a serce łomotało jak po maratonie. Ten sen był taki.. dziwny. Czuję strach, ale czemu? Już kiedyś miałam takie sny. Po chwili zdałam sobie sprawę z bólu pleców i szumu w głowie. Spojrzałam na pomieszczenie, w którym się znajduję. Byłam w pokoju hotelowym. Zasnęłam zwinięta w kłębek, oparta o ścianę pod oknem. Powoli wstałam rozprostowywując kości. Poczułam i usłyszałam ten przyjemny dźwięk strzelających kręgów w kręgosłupie i karku. Ból pleców prawie całkowicie ustąpił, ale szum w głowie się nasilił. Podeszłam do komody, na której leżał zwój. Rozwinęłam go i odpieczętowałam swój bagaż z ubraniami. Była to zwykła, czerwona torba. Wyciągnęłam stamtąd czystą bieliznę. Uznałam, że ubiorę to samo co wczoraj. Podniosłam ubrania, które wczorajszej nocy zostały po prostu rzucone na podłogę. Z czystą bielizną i wczorajszymi ciuchami weszłam do łazienki. Ściągnęłam swoją "piżamę" i weszłam do kabiny ustawiając wodę na gorącą wręcz parzącą. Uwielbiam taką wodę. Pozwoliłam wodzie spływać po ciele. Rozmyślałam nad tym co oznaczał ten sen. Kogo ratować? I kto ma tego kogoś ratować? Tyle pytań, a żadnych odpowiedzi! Wyłączyłam wodę i namydliłam całe ciało, od stóp do głowy, a po chwili wszystko spłynęło wraz z wodą w czarną dziurę. Kiedy wyszłam zobaczyłam iż całe pomieszczenie było wypełnione parą. Chwyciłam puchowy ręcznik i wytarłam całe ciało. Było pokryte czerwonymi plamami, ale to nic. Ubrałam się i szybko wyszłam z pokoju i skierowałam swoje kroki do hotelowej restauracji. Na korytarzu spotkałam jakąś sprzątaczkę. Przywitała się i zniknęła za zakrętem. Po obu stronach korytarza wisiały różne obrazy krajobrazów. Były przepiękne, większość przedstawiała pustynie o różnych porach dnia i nocy. Nagle usłyszałam krzyki. Ktoś się awanturował w restauracji. Weszłam przez szklane drzwi do celi mojej wędrówki. Zobaczyłam tam kłócących się Naruto i Yamato. Sai siedział z boku i rysował coś w tym swoim szkicowniku, jak zawsze obojętny na to, co się dzieje wokół niego. Blondyn zażarcie kłócił się wymachując rękoma. Większość ludzi przyglądało się całej sytuacji. Chyba im się to nie podobało, że dwóch turystów, a raczej jeden z nich, robi taki hałas.
-No proszę, sensei Yamato! - krzyknął zrozpaczony blondyn.
-Nie. - powiedział stanowczo mężczyzna. Podeszłam tam z uśmiechem na ustach. Usiadłam na obok Naruto i zaczęłam się śmiać co zwróciło uwagę całej trójki i nie tylko.
-O co się kłócicie? - zapytałam pomiędzy salwami śmiechu. Blondyn skrzyżował ręce na klatce piersiowej zaś Yamato załamał ręce i spuścił głowę. Żaden z nich nie miał zamiaru odezwać się.
-Naruto chce zamówić tutejszą wersję ramen. Problem w tym, że jest bardzo drogi. - odpowiedział po krótce Sai nie patrząc na mnie. Chwyciłam menu i wyszukałam ten jego ramen. Po chwili poszukiwań znalazłam. Spojrzałam na cenę i uznałam, że albo kogoś tu ekhem albo to naprawdę jest pyszne i warte swej ceny. Poszukałam czegoś co mogłabym zamówić. Naleśniki z serem i wiśniami, mniam. Zawołałam kelnera.
-Tak? - zapytał z notesikiem i długopisem.
-Poproszę tutejszy ramen i naleśniki z serem i wiśniami. - powiedziałam, a on wszystko zanotował. Spojrzałam na resztę drużyny. Yamato kręcił głową, Sai nadal coś rysował, a Naruto patrzył na mnie w osłupieniem. Nagle rzucił się na mnie jak jakieś głodne zwierzę na mięso.
-Dziękuję, dziękuję, dziękuję Saki-chan! - krzyknął mi do ucha i pocałował w policzek. Uśmiechnęłam się. Nie przeszkadzało mi to, ale znając mnie z przed trzech lat... Naruto już by nie żył, z resztą nawet nie dostałby tego ramen. W końcu postanowił mnie puścić. Uśmiechnął się do mnie tym swoim sposobem.
-Uspokój się, ludzie się patrzą - powiedziałam spokojnie z uśmiechem. Odwróciłam wzrok od niego i zaczęłam się zastanawiać nad sensem tej misji.
-Yamato-sennsei? - zapytałam ledwie dosłyszalnie. Spojrzał na mnie zdziwiony.
-Tak, Sakura? - czekał na moje słowa. Zagryzłam wargę i nie patrząc na niego odpowiedziałam.
-Dlaczego ta misja jest tak wysokiej rangi? Co było w tym zwoju? I co jest w tym, który będzie dzisiaj dostarczany przez nas? - mówiłam cicho. Było to spowodowane ludźmi w pomieszczeniu, ale i niezdecydowaniem. Yamato tylko westchnął i zaczął się zastanawiać. Czyli coś wie. Zawsze byłam wścibska i to bardzo. Wiedziałam, że są to tajne informacje, ale zawsze warto próbować, prawda?
-Nie mogę ci tego powiedzieć, może Tsunade ci powie. Wiem, że ci ufa i jesteś jej prawą ręką, ale rozkaz to rozkaz. Wybacz Sakura. - taka odpowiedź mnie nie zadowala. Wygiełam usta w grymasie. Nagle przyszedł kelner z naszymi zamówieniami. Podziękowaliśmy i chwyciliśmy za sztućce. Chyba Yamato i Sai już jedli, nie ważne. Jak nie chcą jeść to nie, ale ja mam zamiar napełnić swój żołądek. Kiedy tylko poczułam ten zapach mój humor się poprawił. Mmm.. Naleśniki z serem... Błogosławiony ten, który to pyszne danie stworzył! Powstrzymując się od rzucenia się na jedzenie spojrzałam na szczęśliwego Naruto. Wzięłam pierwszy kęs dania i nawet nie wiem kiedy zniknął. Odsunęłam pusty już talerz od siebie i przeciągnęłam się na krześle. Wtedy ból głowy znów przypomniał o swej obecności.
-Wyruszamy o godzinie piętnastej. Dokładnie za cztery godziny i trzydzieści minut. Do zobaczenia drużyno pod bramą wioski. - wymamrotał najwyraźniej zmęczony Yamato i wstał od stołu. Tak właściwie to nie wiem co on tu robił. Może znów odpłynęłam i ominęła mnie jego rozmowa z innymi? Ostatnio często mi się to zdarza. No cóż. Wstałam od stołu i chciałam pójść do pokoju po jakieś leki przeciwbólowe, ale poczułam jeszcze większy ból głowy, a przed oczami pojawiły się czarne plamki. Nagle poczułam szarpnięcie za rękę. Zakręciło mi się w głowie i zaczęłam słyszeć jakiś cichy głos. Dotąd zwieszona w dół głowa powędrowała do góry i ujrzałam żółtą plamę, która po chwili stała się bujną czupryną Naruto.
-Hej, słyszysz mnie? - zapytał z troską w głosie. O co mu do cholery chodzi, czemu mną szarpnął? Wyrwałam rękę z uścisku przyjaciela i spojrzałam mu w oczy.
-Tak, czego chcesz i po jasną cholerę mną targasz?! - burknęłam poirytowana wręcz fukłam jakby on był odpowiedzialny za całe zło na świecie. Nie wiem skąd się wzięła ta złość, może to przez ten pieprzony szum w głowie?
-Spokojnie... Zdziwiłem się, bo nie odpowiadałaś na moje pytanie. - spojrzałam na niego jak na wariata. Jakie kurwa pytanie? Odezwała się moja podświadomość.
-Niby jakie pytanie? Żartujesz sobie ze mnie? Nic nie słyszałam wcześniej! - prawie krzyknęłam. Cholera, uspokój się! On się o ciebie martwi, a ty na niego krzyczysz... Po raz kolejny odezwała się moja podświadomość.
-Pytałem się czy dobrze się czujesz. Masz jakieś takie zamglone oczy... - przywarł dłonią do mojego czoła. Co się ze mną dzieje? To na pewno wina braku snu!
-Naruto, nic mi nie jest. - powiedziałam i odsunęłam się od blondyna.
-Skoro tak uważasz... - był... zły? To prawda ostatnio przesadzam, za dużo ćwiczę, ale to tylko zmęczenie!  Jeszcze raz spojrzałam na jego oczy, które teraz były przesiąknięte bólem. Odwrócił się do mnie plecami. Świetnie! Złamałam obietnicę... Obiecałam mu, że nigdy więcej nie będę dawną Sakurą, która wiecznie wrzeszczy na niego i bije. Spojrzałam na obojętną minę Sai'a, który przypatrywał się tej sytuacji. W jego wzroku wyczytałam współczucie, jakby chciał mnie pocieszyć. Pamiętam jak jeszcze trzy miesiące temu wciąż się kłócilośmy, lecz teraz mogłam go nawet nazwać przyjacielem, ale ciężko się zaprzyjaźnia z kimś kto nie wie czym są uczucia. Wspieramy go jak możemy, ale chwilami po prostu załamujemu ręce. Jest jak taki drugi Sasuke, ale milszy. Czekaj, stop! Zapomnij o nim! On nie i s t n i e j e! Przynajmniej dla mnie. Miałam ochotę rzucić się biegiem za blondynem, ale się powsztrzymałam. Odwróciłam się na pięcie i prawie pobiegłam do pokoju. Dręczyły mnie wyrzuty sumienia. Po cholerę na niego krzyczałam?! Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, przeproszę go później. W zastraszającym tempie znalazłam się pod pokojem hotelowym niemalże trzaskając drzwiami. Chwyciłam kaburę i wyjęłam małe pudełko, otworzyłam je i chwyciłam jedną, białą tabletkę i zamykając ją wrzuciłam z powrotem na swoje miejsce. Zawsze trzymałam je tam, o wiele łatwiej jest je wyciągnąć z kabury podczas walki niż "wyciągnięcie" ich ze zwoju. Nie miałam szklanki ani butelki wody, a nie miałam ochoty znów zjawiać się w restauracji czy też czekać aż ktoś z obsługi przyniesie mi tę wodę. Weszłam do łazienki, wrzuciłam mały, kółkowaty lek do buzi i najzwyczajniej w świecie napiłam się z kranu. Pomimo bycia medykiem nie przejmowałam się tym aby za każdym razem ją przegotować, która jak na złość robiła to bardzo wolno. Zakręciłam kurek i wróciłam do pokoiku rzucając się na łóżko. Chwyciłam poduszkę, do której się przytuliłam i oplotłam nogami zaś głowę położyłam na kołdrze, którą po połowie byłam też przykryta. Była to dziwna pozycja, wiem o tym, ale bardzo wygodna.


Leki przeciwbólowe gówno dały! Za piętnaście minut będzie piętnasta, a ja nie zmróżyłam oka przez ten czas. Myślałam, że sen mi pomoże, ale skończyło się na bezcelowym krążeniu po pokoju. Wzięłam do rąk poduszkę i cisnęłam nią o ścianę. Byłam wściekła, czemu? Nie wiem. Zachowujesz się jak baba w ciąży! Odezwał się mój głos w głowie. Czy to aby na pewno normalne? Gadam SAMA ze SOBĄ. Chyba w najbliższym czasie odwiedzę psychologa, bo chyba to nie jest normalne co się ze mną dzieje, prawda?Chwyciłam zwój, w którym znajdują się wszystkie moje rzeczy i wyszłam. W recepcji oddałam klucze od pokoju i pożegnałam się z kobietą za biurkiem po czym wyszłam z budynku. Uderzył we mnie przyjemny powiew wiatru. Trochę mnie pobudził do logicznego myślenia. Trzeba przeprosić Naruto za ten wybuch gniewu. Po chwili wędrówki spostrzegłam bramę miasta i resztę drużyny. W moim gardle nagle stanęła gula, serce zaczęło łomotać, a cała odwaga wyparowała. Naprawdę nie lubiłam kłócić się z Naruto. Był dla mnie ważny po tym jak Sasuke uciekł. Wiele do myślenia też dała mi prawie trzyletnia rozłąka z chłopakiem podczas której zdałam sobie sprawę z tego jaki jest on dla mnie ważny. Przywitała mnie grobowa cisza. Podeszłam do blondyna, który stał do mnie tyłem. Sakura, nie zachowuj się jak Hinata! Spuściłam głowę i już miałam wypowiedzieć to jedno słowo, gdy zjawił się niespodziewanie Yamato.
-Widzę, że wszyscy są, no to w drogę. - powiedział i wszyscy prócz mnie wyszli z wioski. Dzieliło nas parę metrów. Miałam ochotę w tamtym momencie udusić mężczyznę. Nie wiem czy dam radę zebrać się jeszcze raz na to aby przeprosić Naruto. Nienawidzę przepraszać tak samo jak nienawidzę pożegnań. Szybko dogoniłam resztę.


Skakaliśmy z drzewa na drzewo już parę godzin. Prócz szumu w głowie teraz i moje mięśnie nóg krzyczały błagając o chwilę przerwy. Oczy zaczynały mnie piec i aż korciło mnie aby poprosić o postój, chociaż na moment. Ściemniało się, więc pewnie za chwilę zatrzymamy się na nocleg, więc postój nie miałby sensu. Cały czas byłam z tyłu i swymi umiejętnościami czujnie starałam się wyczuć wroga. To nie możliwe żeby nikt nas nie zaatakował podczas takiej misji. Miałam złe przeczucia. Dodatkowo gnębiły mnie wyrzuty sumienia za każdym razem, gdy spojrzałam na plecy Naruto bądź słyszałam jego głos, podczas rozmów jaka ta misja jest beznadziejna. Nie wyglądał na smutnego czy też złego, ale czułam, że muszę go przeprosić. Usłyszałam świst potem dźwięk wbijanego kunai w drzewo. Spojrzałam pod nogi, kunai z notką wybuchową. Jedyne co zdążyłam zrobić to zakryć twarz rękoma i odskoczyć na nie więcej niż dwa metry. Poczułam żrący ból jaki zadały mi płomienie, a potem leciałam w tył.  Uderzyłam o pień drzewa czując kolejne fale okropnego bólu, tym razem pleców i opadłam na ziemię bezwładnie niczym placek. Wszystkie mięśnie teraz kwiczały z bólu, dodatkowo zostałam oddzielona od grupy, zajebiście! Po prostu żyć nie umierać. Po chwili zaczęłam słyszeć odgłosy walki, co chwilę dało się słyszeć zgrzyt metalu bądź krzyki agoni, jak sądzę, przeciwników. Kto nas tak w ogóle zaatakował? Podparłam się na rękach powodując kolejne salwy bólu, ale wstałam podpierając się o pień drzewa, o który zostałam cisnięta niczym lalką o ścianę. Rozejrzałam się, ale jedyne co widziałam to drzewa, mnóstwo drzew. Mrok nocy mi nie pomagał, a piszczenie w głowie po wybuchu przyćmiewał umysł. Skupiłam się i szukałam chakry przyjaciół bądź wrogów. Znalazłam drużynę jakieś dwieście metrów od siebie, a odległość ciągle rosła. Byli rozproszeni, a ich chakra buzowała. Po chwili usłyszałam kroki i rechot jakiegoś faceta. Otwarłam oczy i zobaczyłam przed sobą wyższego od siebie o głowę osiłka. Włosy miał brązowe, a za ubrania służyły mu jakiś biały, podarty płaszcz. W dłoni dzierżył swą katanę, a na ustach pojawił się chytry uśmiech. Nie widziałam żadnej opaski wioski. Nagle zza jego pleców wyszli kolejni dwaj mężczyźni w takich samych ubraniach tyle, że jeden był blondynem, a drugi miał czarne włosy. Nie wyglądali na silnych, ale przecież nie rzucę się na nich jak głupia. Pobiegłam w przeciwną od nich stronę i, gdy stracili mnie z oczu wskoczyłam na drzewo. Po chwili wbiegli na polanę, po której jeszcze niedawno sama biegłam i zaczęli się rozglądać.
-No chodź, jeśli nam pomożesz to będziemy łaskawi i cię nie zabijemy! - krzyknął któryś z nich. Prychnęłam pod nosem i wyciągnęłam z kabury kunai z wybuchową notką. Rzuciłam go pod ich nogi, a oni szybko odskoczyli. Wbiegłam w środek kurzu i pyłu, który teraz tworzył zasłonę dymną. Ruszyłam w kierunku gdzie wyczuwałam ich chakrę i zobaczyłam ich, ksztuszących się biednych chłopców. Aż śmiać mi się chciało! Złamałam kark czarnowłesmu po czym uderzyłam blondyna, który poleciał gdzieś do tyłu. Usłyszeć dało się hałas pękających kości, krzyk bólu i upadek ciała na ziemię. Spojrzałam na ostatniego i uśmiechnęłam się kpiąco.
-Nie potrzebuję waszej łaski. - rzuciłam się na niego, a on zamachnął się kataną. Zwinnie odskoczyłam na bok i wyciągnęłam kolejny, tym razem zwykły, kunai. Obróciłam go kilka razy w dłoni i znów ruszyłam na przestraszonego mężczyznę. Próbował obronić się swoją bronią, ale szybko i prezycyjnie wbiłam swoje ostrze w jego brzuch nie dając mu szans na przeżycie. Jednak zanim skonał na mych oczach wbił mi w odwecie katanę w moje ramię po czym opluł mnie krwią i puścił swą broń padając na kolana mych stóp. Najwyraźniej próbował coś powiedzieć, ale jedynie zwinął się i położył martwy na ziemię. Chwyciłam się za krwawiące ramię. Bolało jak cholera. Szybkim ruchem wyciągnęłam ze swojego ciała zimną stal i zaczęłam leczyć ranę. Nagle usłyszałam jęknięcie, a po plecach zaczęła spływać jakaś ciepła, lepka ciecz. Szybko odskoczyłam i podczas skoku odwróciłam się. Stał tam jakiś facet w białym płaszczu z kunai'em w gardle. Swą broń kierował ku górze, czyli chciał mnie zabić? Zerknęłam na drzewo i zdrętwiałam. Z początku myślałam, że to niemożliwe, więc rozszerzyłam oczy, a gdy zdałam sobie sprawę, że to prawda i usta poleciały w dół. Stał tam Itachi Uchicha. Jak zawsze bił od niego chłód. Spojrzał na mnie, ale nie robił nic więcej.
-D..dlaczego? - niepewnie wypowiedziałam to jedno słowo. On jedynie zmróżył oczy i zniknął w chmurze kruków. Wyostrzyłam zmysły, ale nigdzie go nie czułam, czyli jest daleko. Skupiłam się na przyjaciołach. Byli ode mnie oddaleni o kilometr. Rzuciłam się do biegu podczas którego leczyłam piekącą ranę. Tym dalej byłam tym więcej widziałam kraterów, zniszczonych drzew i plam krwi. Naliczyłan jedenaście ciał. W końcu ujrzałam także resztę drużyny, wyglądali jak siedem nieszczęść, zresztą, ja nie lepiej, może nawet gorzej. Bodbiegłam do najbardziej poturbowanego, jak łatwo się można domyśleć, Naruto. Zapewne jak zawsze szarżował na wrogów myśląc tylko o wygranej. Zaczęłam leczyć jego klatkę piersiową.
-Kto to był? Nie mieli przepasek... - zabrałam głos.
-Pewnie najemnicy. Niestety, nie dało się wyciągnąć kto ich nasłał. Czterech dało radę uciec. - wyznał Yamato. Skończyłam leczyć i spojrzałam na jego twarz.
-Dzięki. - burknął i chciał odejść.
-Naruto.. - chwyciłam go za ramię. Zagryzłam wargę. -Prze...Przepraszam! - nie jestem w tym dobra. Schowałam twarz zapewne całą czerwoną za kotarą włosów. Nagle zaczął tarmosić moje włosy. Taki braterski gest. Uśmiechnął się, a ja odwzajemniłam go. Odeszłam od niego i wzięłam się za Sai'a, chakra mi się kończyła, ale muszę ich wszystkich wyleczyć. Zanim jednak zaczęłam leczyć jego rękę, on chwycił mnie za dłonie.
-To nic poważnego. - uśmiechnął się do mnie, a ja wyrwałam mu swoje ręce i skrzyżowałam je na klatce piersiowej. Dobrze wiedział, że padam z nóg, ale to ja jestem medykiem i niech pozwoli mi samej ocenić czy coś jest na tyle poważne, aby wyleczyć ranę czy nie.
-Pozwól, że ja to ocenię. - westchnął tylko i pozwolił mi działać. Znał moją upartość, więc odpuścił. Na koniec podeszłam do mężczyzny, on miał ledwie kilka zadrapań, ale jak uleczyłam tamte dwójkę to jego też powinnam. On widząc moje zamiary uśmiechnął się ciepło i pokręcił głową.
-Wszystko w porządku, nie marnuj chakry. - tym razem ja odpuściłam, szczerze mówiąc nie wiem czy dam radę w tym stanie dotrzeć do Konoha, a co by było gdybym jeszcze zmarnowała energię na jakieś zadrapania. Skinęłam głową i spojrzałam na resztę drużyny, która już szykowała się do drogi.
-Daaleko jeszcze? - zapytałam zmęczona. Wiem, dziecinnie się teraz zachowuję, ale jedyne o czym marzę to długa kąpiel, łóżko, herbata i jakaś dobra książka, a potem sen. Przeciągnęłam się i czekałam na odpowiedź.
-Nie, bez komplikacji jakieś pół godziny. - odparł najstarszy z naszej czwórki. Odetchnęłam z ulgą i zrównałam kroku z resztą.

Tak jak mówił Yamato, po trzydziestu minutach znaleźliśmy się w wiosce. Z niechęcią ruszyłam do budynku hokage. Był środek nocy, a dokładniej dwudziesta trzecia. Możliwe, że Tsunade po prostu śpi na biurku albo znowu pije. Jest mały cień szansy, że jeszcze zajmuje się papierami. Szybko pokonaliśmy schody i jako iż byłam pierwsza zapukałam w drewniane drzwi. Ku mojemu zdziwieniu usłyszeliśmy ciche "Wejść". W kilka sekund znaleźliśmy się w pokoju godaime. Skłoniliśmy się lekko, a mężczyzna położył na biurku niewielki zwój. Wzrok Tsunade wyrażał zdziwienie.
-To od hokage wioski piasku. - wytłumaczył szybko Yamato. Blondynka skinęła głową.
-Możecie wyjść, zapłata czeka tam gdzie zawsze. A! Sakura, mogłabyś chwilę zostać? - powiedziała zmęczonym głosem. Nie dziwię jej się, jest dwudziesta trzecia, może nie jest to jakaś późna pora, ale praca hokage męczy. Wszyscy wyszli. Zostałyśmy same w pokoju, nie wiedziałam co może chcieć. Ostatnio chyba nic nie zrobiłam.
-O co chodzi Tsunade? - czułam się w jej otoczeniu luźnie. Jako jedna z niewielu miałam prawo tak się do niej zwracać.
-Jak wiesz twoje nauczanie na członka ANBU trwa dwa lata. Idzie ci bardzo dobrze, wszyscy cię zachwalają. - słuchałam tego z zaciekawieniem zaś Tsunade mówiła to powoli z lekkim uśmiechem i przymróżonymi oczami. -Jednak ty masz szansę zakończyć szkołę jeszcze w tym roku. - otworzyła oczy i spojrzała na mnie z nutką dumy. Uśmiechnęła się zaś ja otworzyłam usta i oczy jeszcze szerzej niż przy spotkaniu z członkiem Akatsuki.
-A..ale ja się uczę dopiero trzy miesiące! Jest lipiec... Oni... uważają, że dam radę skończyć szkołę i stać się członkiem ANBU w dziewięć miesięcy? Przecież inni uczą się przez dwadzieścia cztery miesiące! - nie mogłam uwierzyć. Plątał mi się język, nie wiedziałam czy to sen czy prawda. Za dużo wrażeń jak na jeden dzień. Zaśmiała się po czym wstała i podeszła do mnie.
-Mnie też to się wydaje nierealne, ale jestem z ciebie dumna! - przytuliła mnie, co rzadko się zdarza. Jest dla mnie jak matka, ona wie jak bardzo mi brakuje rodziców. Odwzajemniłam uścisk. -Zresztą, czego mogłam się spodziewać po swojej uczennicy? No, a teraz idź się przespać. Pewnie jesteś zmęczona. - kiwnęłam głową i wyszłam z biura hokage i skierowałam się w stronę recepcji po zapłatę. Moje marzenie za niecałe pół roku się spełni! Odebrałam zapłatę i pobiegłam szczęśliwa do domu. Wzięłam długą relaksującą kąpiel, w końcu, mi się należy, prawda? Cały czas rozmyślałam nad tym co się stało, najpierw kruk, potem sen, potem Itachi i jeszcze to! Aż tak dobrze mi idzie? Nigdy nie wątpiłam w swoje umiejętności, ale bez przesady! Wzięłam głęboki oddech i zanurzyłam się do wody. Przeczesałam włosy pod wodą, o ile można to tak nazwać i wypłynęłam. Wzięłam puchowy, różowy ręcznik, który dostałam od mamy na urodziny parę lat temu. Wyszłam z łazienki uprzednio spuszcając wodę z wanny i weszłam do swojego pokoju. Zrezygnowałam z herbaty i książki, poszłam spać po przebraniu się w piżamę i wysuszeniu włosów.

Biurko... należące do hokage? Zwój. To ten, który przynieśliśmy. Dłoń, która po niego sięga i nagle oczy... Czerwone.

Zerwałam się z łóżka jak oparzona. Spojrzałam na zegar. Druga dwadzieścia siedem. Ta krwista czerwień sharingana... Padłam spowrotem na łóżko po czym usłyszałam wybuch. Rozszerzyłam po raz kolejny oczy i podbiegłam do okna. Zobaczyłam dym i nawet stąd dało się usłyszeć krzyki ludzi. Przeczesałam swoje różowe włosy. Co robić? Podleciałam do szafy i chwyciłam jakieś ubrania, jakiekolwiek. Ubrałam się w kilka sekund nie wiedząc nawet czy przypadkiem nie założyłam bluzki tyłem naprzód albo na lewą stronę. Zbiegłam po schodach na boso czego pożałowałam, nadępnęłam na coś niewielkiego. Chwyciłam się za stopę i syknęłam z bólu. Po chwili przeklinania ów przedmiotu pobiegłam dalej, ubrałam buty i pobiegłam w stronę budynku czcigodnej. Ciepły wiatr uderzył we mnie porywając włosy do tańca. Omijałam spanikowanych ludzi i biegnących shinobi. To chyba coś poważnego. Kiedy byłam w pobliżu mojego celu wskoczyłam na drzewo i przez okno do biura Tsunade, które zawsze Sizune otwiera na noc. Chwyciłam się za gorący policzek i zaczęłam ciężko oddychać. Na biurku leżał zwój, odetchnęłam.
-Przesadzam... - szepnęłam do siebie i już miałam wyskoczyć przez okno kiedy usłyszałam kroki. To może być przecież sprzątaczka... Ale o tej godzinie? Serce zabiło mi szybciej. Cofnęłam się o krok i postanowiłam schować się pod biurkiem i wyciszyć chakrę. Nagle drzwi się otworzyły lekko oświetlając pokój. Wstrzymałam oddech, gdy drzwi zostały przymknięte, a intruz  zaczął podchodzić do biurka. Wyciągnęłam kunai i modliłam się tylko żeby nie był to Itachi, albo co gorsza sprzątaczka. Wyobraziłam sobie jej minę, gdy rzucam się na nią, a ona nie wie co zrobić. Uśmiechnęłam się do swoich myśli i policzyłam do trzech. Jeden... dwa.... trzy!

~~~~~~~~~~~~~~~

Z góry przepraszam za błędy

Trochę się rozpisałam... Było trochę walki i więcej Naruto tak jak pewna osoba chciała :) Trochę też namieszałam żeby nie było przewidywalnie :D Myślałam, że się nie wyrobię, a jednak. Dziękuję wszystkim, już prawie wbiliśmy okrągłe 1000 wyświetleń! Aktualnie jest około 950, dziękuję <3 Teraz zapraszam do komentowania! Czytanie waszych komentarzy i odpowiadanie na nie bardzo mnie motywuje i uszczęśliwia :)

niedziela, 24 maja 2015

Rozdział 4

15 komentarzy:
Właśnie znajdowaliśmy się w wiosce skał. Pomimo tego, że jesteśmy kryminalistamy nietrudno jest znaleźć dobre lokum na odpoczynek. Siedziałem w restauracji, która jest połączona z hotelem. Czekałem na swoje zamówienie, jajecznica z bekonem i tostami, a do tego kawa. Zatapiając się w ciszy i spokoju rozmyślalem co dalej. Chciałem dokonać zemsty na bracie, a potem... Jako ostatni członek klanu powinienem się zainteresować przetrwaniem mojego rodu. Nie może być to pierwsza lepsza kobieta. Parsknąłem. O czym ja myślę? Teraz najważniejsza jest zemsta! Moje rozmyślania przerwał dźwięk butów, które odbijały się echem w mojej czasce. Nie wiedziałem o czym myśleć. Nagle przede mną pojawił się talerz z moim upragnionym śniadaniem. Usłyszałem ciche "Smacznego" i od razu wziąłem się za jedzenie. Chyba naprawdę ludzie lubią uprzykrzać mi życie. Znów usłyszałem ten irytujący dźwięk zbliżających się butów. Postanowiłem nie zwracać na to uwagi. Upiłem łyk kawy, gdy ni stąd ni zowąd jakaś ręka najzwyczajniej w świecie ukradła mi tosta! Myślałem, że zabiję. Nie dość, że przeszkadza mi w jedzeniu to jeszcze postanowił ukraść mi śniadanie. Ów osobą okazał się być Suigetsu. Nie przejmując się moim morderczym wzrokiem usiadł na przeciw mnie i zaczął zajadać się MOIM tostem!
-Czego chcesz? - syknąłem jak zawsze oschle z beznamiętnym wyrazem twarzy.
-Przyszedłem, ponieważ zdobyłem cenne informacje o Akatsuki. - odpowiedział mi nie patrząc na mnie tylko skupiając się na swoim "śniadaniu". Nie dość, że ukradł moje jedzenie to jeszcze ubrudził stół okruchami. Brakuje tylko żeby beknął i podrapał się po tyłku. -Więc to było tak, kiedy szedłem na śniadanie usłyszałem słowo "Akatsuki" z jednego z pokoi. Z początku uznałem, że to nie moja sprawa. Niech se ktoś gada co chce, nie? Co kogoś interesuje, gdy rozmawiam z kimś, na przykład o pogodzie? No nic! Albo co kogoś... - odchrząknąłem dając mu jasno do zrozumienia, że ma przejść do sedna. Kiedy on zaczyna to jak katarynka. -No tak, wracając do tematu. Z początku postanowiłem odejść, ale wtedy usłyszałem coś o tajnych informacjach. Podobno ten zwój jest tak ważny, że tylko kage ma prawo o tym wiedzieć! Jakie żałosne. Pff.. ANBU schodzi na psy, no bo...
-Która wioska ma ten n i b y ważny zwój? - zapytałem po raz kolejny wcinając mu się w słowo. Przecież nie obchodzi mnie co się dzieje z ANBU.
-No właśnie... - podrapał się w tył głowy i uśmiechnął się głupio, dokładnie tak jak Naruto... o czym ja myślę do cholery?! -...to ci się nie spodoba, bo ten zwój.. on... znajduje się w K-konoha.. - wyjąkał to w końcu patrząc w jakiś punkt za mną. Ale miał rację, nie podobało mi się to. Skrzywiłem się jakbym jadł cytrynę.
-Jesteś pewien, że to coś ważnego? - odparłem spokojnie choć w środku wrzałem. Dlaczego akurat tam?! On tylko skinął głową, jego odwaga wyparowała całkowicie. Teraz to słowa wykrztusić nie mógł. -Zwołaj wszystkich. U mnie w pokoju za pół godziny. - syknąłem nie patrząc na niego. Nagle zniknął z mojego pola widzenia. Konoha... dlaczego to nie mogła być Suna?! Lub cokolwiek innego. Tyle nieprzyjemnych wspomnień mam z tą cholerną wioską. Miałem nadzieję, że nigdy nie będę musiał tam wracać. Nagle poczułem ukłucie w sercu na wspomnienie drużyny siedem. Po chwili jednak wstałem i postanowiłem już o tym nie myśleć. Ruszyłem w stronę pokoju.


Siedziałem na swoim łóżku. Pokój był niewielki, ale praktyczny i nawet ładny. Ktoś zapukał w dębowe drzwi służące jako wejście i wyjście. Drzwi się otwarły, a do środka weszły trzy osoby. Suigetsu usiadł na krześle, Juugo postanowił oprzeć się o ścianę, a Karin podeszła do mnie.
-Sasuke-kun! Po co nas wezwałeś? - wypiszczała i wskoczyła na łóżko. Obeszła mnie i od tyłu zaczęła mnie przytulać. Naprawdę miałem ochotę przywalić jej, ale była mi potrzebna żywa i jednak mam szacunek do kobiet. Niestety jej uścisk był tak silny, że zacząłem się dusić.
-Karin, on się dusi... - powiedział z politowaniem Suigetsu. Rozluźniła uścisk, a ja w duchu dziękowałem za pomoc.
-Zwołałem was, aby omówić atak na Konohę - dwie pary oczu spojrzały na mnie za zdziwieniem. Białowłosy domyślał się takiego obrotu spraw.
-Zawsze mówiłeś, że nie chcesz tam wracać i zawsze omijaliśmy tę wioskę szerokim łukiem... - wymamrotała Karin cicho, ale tak żebyśmy wszyscy usłyszeli.
-Wiem co mówiłem i co robiłem, ale w Konoszy ponoć znajdziemy ważne informacje na temat Akatsuki. - ostatnie słowo wysyczałem z pogardą. Ich spojrzenia stały się mniej natarczywe. Wszyscy obecni popadli w zadumę, a pokój owiała głucha cisza. Nikt nawet nie drgnął ani się nie odezwał przez dobre kilka minut. Wszyscy wiedzieli jak bardzo nienawidzę tej wioski. Siedząca za mną, a raczej na mnie, Karin postanowiła zmienić pozycję. Oplotła mnie nogami w pasie i i oparła się o mój bark. Co miałem zrobić? Nie miałem siły na kłótnię czy szarpaniny, więc pozwoliłem jej nacieszyć się tą sytuacją 
-Więc .. co zamierzasz? - szepnęła poważnie.
-To chyba oczywiste, że chcę zdobyć ten zwój. - powiedziałem tak jakby było to oczywiste. 
-Jak w ogóle chcesz się dostać do wioski? - tym razem głos zabrał dotąd milczący Juugo.
-Wy zaatakujecie od północy, ja zaś od południa. Zrobicie zamęt i wywołacie haos, a ja w tym czasie włamię się do budynku hokage. Na pewno tam znajdę zwój. - wymamrotałem zmęczony już tym wszystkim. Rudowłosa odkleiła się ode mnie i poprawiła włosy i okulary.
-Ale to nie będzie dziwne, że nasza drużyna atakuje bez lidera? Pomimo wszystko wróg nie jest aż tak głupi. - stwierdziła mądrze Karin. Normalnie nie poznawałem jej. W sumie ze mną też nie jest najlepiej. Przecież sam mogłem na to wpaść!
-Masz rację... - potarłem się dłonią po czole -Dlatego pójdzie z wami mój klon. Tylko będziecie musieli go bronić. Oczywiście będzie walczył, ale jedno draśnięcie i znika. - sam nie wierzyłem w to co robię! To był chyba najgłupszy plan jaki kiedykolwiek wymyśliłem. Jeżeli ktoś mnie wykryje albo dowiedzą się, że walczy z nimi klon to po nas. Idziemy wtedy do więzienia! Sasuke, jesteś kretynem, mówiła moja podświadomość. Karin oparła się o ścianę za nami nie zabierając nóg. 
-To najgłupszy plan jaki kiedykolwiek wymyśliłeś! - dzięki Suigetsu! Jeszcze ty mi to mów. -I to mi się podoba! - krzyknął unosząc obie ręce w górę. Świat oszalał. Przekręciłem oczami.
-Kiedy wyruszamy? - przypomniał nam o sobie Juugo, który nadal podpierał ścianę. Nie patrzył na nikogo, w sumie na nic. Miał zamknięte oczy i skrzyżowanie ręce na klatce piersiowej.
-Jutro rano. Jeśli nie będzie żadnych komplikacji to dojdziemy do Konohy za dwa dni. - odetchnąłem -Atakujemy pod osłoną nocy. - syknąłem patrząc w jakiś punkt na ścianie. Byłem zmęczony już tym wszystkim i to bardzo. Niby była to zwykła rozmowa, ale kosztowała mnie wiele nerwów. Juugo odkleił się od ściany i spojrzał na nas.
-Idę coś zjeść. Dziś jeszcze nie jadłem. - poinformował nas i skierował się w stronę drzwi.
-Czekaj, idę z tobą. Ja dziś jadłem tylko... - na chwilę zaciął się -...tosta. -dokończył i szybko wybiegł z pokoju.
Zdałem sobie sprawę, że zostałem w pokoju sam z Karin. Świetnie. Zabrała nogi i wstała w ciszy. Ma zamiar wyjść? Nie obrażę się, naprawdę! Stanęła przede mną i usiadła mi na kolana przodem do mnie.
-Sasuke-kun... nadal nie odpowiedziałeś mi na moje pytanie... - wyszeptała. Jeździła palcem po mojej klatce piersiowej i patrzyła mi w oczy, tak jakby chciała coś z nich wyczytać. Chyba próbowała mnie podniecić, ale jeszcze rzadna kobieta na mnie nie podziałała. Ale moment, pytanie? O co jej do cholery chodzi?
-Karin, o czym ty mówisz? - zapytałem spokojnie. Powoli ta sytuacja coraz mniej mi się podoba. Teraz to mam ochotę zrzucić ją na podłogę.
-Pamiętasz jak nazwałeś mnie "Sakura"? Kto to...? - w mojej głowie nagle pojawiła się jej uśmiechnięta twarz, a po chwili ta zapłakana. Widziałem tą twarz w TYM dniu. Ciekawe jak się zmieniła? A może nadal jest tak samo irytująca jak kiedyś? A może jest jeszcze gorsza, gorsza od Karin? Zobaczyłem jakąś dłoń, która machała mi przed twarzą.
-Kotku, odpowiedz! - powiedziała stanowczo. Postanowiłem, że jej odpowiem. Ona naprawdę potrafi być denerwująca.
-Kiedyś znałem taką irytującą babę. Dość krótko ją znałem, ale nieźle zalazła mi za skórę. - skłamałem. Znałem ją od paru lat! Choć teraz nie widziałem jej już prawie trzy lata.
-Rozumiem... W sumie to nie możliwe abyś miał jakąś kobietę przede mną! - stwierdziła jakby była kimś dla mnie ważnym. Poniekąd jest, ale nie tak jak ona myśli.
-Ale my nie jesteśmy razem, Karin. - syknąłem stanowczo. Czasem myślę, że ta kobieta zgubiła mózg w dzieciństwie.
-Och, nie musisz się wstydzić tego! - uśmiechnęła się i zeszła mi z kolan. Naprawdę nie miałem ochoty na kłótnię o to, że nie jesteśmy razem. -Też idę coś zjeść, pa. - powiedziała i wyszła. Ja chyba nigdy nie zrozumiem tej dziwnej istoty jaką jest płeć żeńska. Są dziwne, płaczą z byle powodu i robią sobie nadzieję na coś co nie istnieje! Mają też bardzo bujną wyobraźnię...

Podróżowaliśmy już drugi dzień. Postanowiliśmy iść teraz przez las. Robiło się ciemno, więc niedługo czas na atak. Obym nie spotkał tego Młotka albo, co gorsza, Sakury. Naprawdę nie miałem ochoty na walkę z którymś z nich. Doszły mnie plotki, że Sakurę nazywają drugą Tsunade. O ile pamiętam to jeden z trzech sanninów, teraz już dwóch. Naruto podobno też stał się potężny. Jego też ćwiczył sannin, Jirana..? Jiraray..? Jiraya! Krążą plotki, że jest pijakiem i kobieciarzem. Podobno był w każdym klubie z panienkami w kraju ognia. Już się boję co on zrobił z Naruto. Czyżby stał się potężniejszy, ale też głupszy?
-Jesteśmy. - ogłosił Juugo wskazując palcem na mur wioski jakieś sto metrów przed nami.
-Więc czekamy aż zrobi się ciemno. To jest południe, więc wy idziecie na drugą stronę wioski. - w odpowiedzi kiwnęli głowami. Stworzyłem klona tak jak było w planie i już ich nie było. Teraz tylko czekać na jakiś hałas albo dym. Znając tego idiotę, Suigetsu zapewne przesadzi i rozwali pół wioski. W sumie niech robi co chce z tą ich cholerną wioską.

~~~~~~~~~

Z góry przepraszam za błędy.

Dziękuję za tę parę minut, które poświęciliście na przeczytanie tego rozdziału :* Mam w planach założenia bloga o paringu Itasaku w świecie realnym, a dokładniej w szkole, co o tym sądzicie? :) Jeszcze raz dzięki :3

sobota, 2 maja 2015

Rozdział 3

7 komentarzy:

Rozdział dedykuję Blackrose Satomi. Dziękuję za wszystkie komentarze nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy <3

~~~~~~~

Od kilku tygodni Tsunade była kłębkiem nerwów. Ciągle otrzymywała papiery o różnych zabójstwach i kradzieżach. Nie miała czasu nawet żeby porządnie się napić sake co potęgowało wściekłość blondynki. Wszystko to było winą Akatsuki jak i od niedawna istniejącej grupy, Hebi, ale też jakiś pojedynczych złodziejach i zabójcach, którzy dawali o sobie znać. Suna, jako sojusznik była w stałym kontakcie z Konoszą. Najczęściej wyżywała się na przypadkowych osobach, ale najbardziej lubiła gnębić Naruto. W budynku czcigodnej znajdowała się drużyna Yamato, który był tymczasowym liderem podczas choroby Kakaskiego. Wraz z natłokiem pracy hokage przybyło wiele misji do wypełnienia. Za biurkiem siedziała Tsubade, a przynajmniej czymś co było kiedyś biurkiem. Teraz nawet nie było widać ani kawałka drewnianego przedmiotu. Wszędzie na ów meblu, obok, a nawet pod leżały najróżniejsze kartki. Co chwilę łykała odrobinę sake z płaskiego naczynia, z którego ciągle ubywało. Po chwili wzięła głęboki oddech i spojrzała na całą czwórkę.
-Wezwałam was tutaj, aby wysłać waszą czwórkę na misję rangi A, a być może nawet S. Ciężko określić. - obróciła się na krześle obrotowym w stronę okna i dokończyła -Nie chciałam was na nią wysyłać, ale ta misja nie może czekać. Chciałabym wysłać kogoś innego, ale wszyscy są na misjach. - obróciła się w stronę zdziwionej drużyny. Założyła nogę na nogę i czekała na odpowiedź. Nagle Naruto uniósł rękę z zaciśniętą pięścią i uśmiechnął się od ucha do ucha.
-To świetnie! - Sakurę aż świerzbiło aby mu przyłożyć -To będzie moja pierwsza misja o tak wysokiej randze! - krzyczał ze szczęścia. Aż podskoczył i gdyby nie uwaga blondynki na jego karygodne zachowanie zapewne darłby się i skakał jeszcze długo.
-Ale dlaczego trudno stwierdzić rangę tej misji? - zapytała zdziwiona zielonooka. Uśmiech i zapał blondyna niemalże wyparował całkowicie w jednej sekundzie, gdy zobaczył poważną minę czcigodnej.
-Oczywiste jest, że wielu rabusiów i zabójców będzie chciało wykraść ten zwój... - w tym momencie wyciągnęła z szuflady małe zawiniątko -...ale nie wiadomo czy Akatsuki nie zaatakuje albo Hebi. - po zakończeniu dialogu Tsunade nastała cisza w pokoju. "Czyli jest możliwość, że spotkamy Sasuke..." - pomyślała różowowłosa. Przygryzła wargę jak to miała w zwyczaju i zmróżyła oczy.
-Kiedy mamy wyruszyć i do jakiej wioski mamy ten zwój dostarczyć? - zapytał lider drużyny siedem. Blondynka wzięła kolejny głęboki oddech i zaczęła masować swoje czoło z przymkniętymi oczami. Widać było, że nie podobała jej się ta cała sytuacja.
-Do wioski piasku, wiadomość musi dotrzeć do Suny w ciągu tygodnia, ale tym szybciej tym lepiej. Dobrze byłoby gdybyście wyruszyli dzisiaj wieczorem. - po skończeniu wypowiedzi spojrzała na obecnych w pokoju. Znów wzięła naczynie z trunkiem, ale tym razem wypiła całą resztę jednym łykiem.
-A więc dobrze hokage-sama wyruszymy jeszcze dziś. - skłonił się na znak szacunku i zwrócił się do swoich podopiecznych -Wyruszamy wieczorem, do zobaczenia pod bramą o godzinie dwudziestej! - trójka młodszych także skłoniło się przed czcigodną i szykowali się do wyjścia.
-A i jeszcze coś! - wszyscy zatrzymali się i spojrzeli na Tsunade. -Zwój może otworzyć tylko kazekage i ja, jeżeli ktoś inny spróbuje, zwój spłonie. Oczywiste jest, że dla doświadczonych złodziei to żaden problem, więc w ostateczności zniszczcie zwój. - cala czwórka skinęła głowami i wyszli.
-Do zobaczenia o dwudziestej - pożegnał się Sai i zniknął za zakrętem. Zaraz po nim pożegnał się Yamato i zniknął w kłębach dymu. Sai to nowy członek drużyny siedem. Pracował dla ANBU, a tymczasowo pracuje jako członek ich drużyny. Bardzo często kłóci się z Sakurą, ponieważ kpi z niej i jej wyglądu. Na korytarzu został blondyn i zielonooka. Spojrzał na dziewczynę z uśmiechem na twarzy.
-Może przed misją pójdziemy coś zjeść? - Sakura spojrzała na zegarek założony na jej lewą rękę. Małe wskazówki pokazywały godzinę szesnastą trzydzieści pięć. Szkrzywiła się, miała jeszcze coś do załatwienia.
-Wybacz, muszę coś zrobić, następnym razem. - spojrzała przepraszająco na blondyna.
Nie wyglądał na smutnego, wręcz przeciwnie. Uniósł dłoń skierowaną ku Sakurze, wystawił kciuk do góry i zaśmiał się.
-Będę to traktować jako obietnicę! - krzyknął uradowany i zaraz go nie było. Chwilę później zielonooka kroczyła w stronę szpitala. Podczas treningu u piątej kilka razy była w Sunie. Oczywiście w celach naukowych. Poznała tam jednego z medyków, który bardzo interesował się roślinami. Obiecała mu kilka roślin w zamian za kilka roślin z Suny. W Konoszy szklarnie znajdowały się w szpitalu. Gdy znalazła się już przy drzwiach one automatyczne się otwarły przed nią. Znalazła się w recepcji i podeszła do biurka, za którym siedziała znienawidzona przez Sakurę osoba.
-Dzień dobry. Gdzie znajdę doktor Eiko? - zapytała patrząc z obrzydzeniem na kobietę zza biurka. Bluzka z dużym dekoltem, krótka spódnica i zabójcze szpilki. Do tego mocny makijaż i pomalowane paznokcie, kogo oni zatrudniają? Poprawiła okulary i spojrzała na Sakurę. W jej fioletowych oczach było widać nienawiść, którą darzyła różowowłosą. Zresztą, ze wzajemnością.
-Eiko nie przyjmuje. - powiedziała sucho.Lecz zielonooka nie dawała za wygraną.
-Nie przychodzę tu jako pacjent. - powiedziała nadal spokojnie chociaż gotowała się w środku.
-Doktor Eiko jest zajęta, której części zdania nie zrozumiałaś? - zapytała patrząc w ekran komputera. Dziewczyna nie wytrzymała i trzasnęła w blat biurka.
-Może grzeczniej, co?! - krzyknęła ostatkiem sił starając się nie zniszczyć recepcji. Wszyscy obecni spojrzeli na kłócące się kobiety. Wszyscy znali Sakurę, a niektórzy byli świadkami ich ostatnich kłótni. Patrzyły sobie zaciekle w oczy, gdy nagle na recepcję weszła młoda kobieta o brązowych włosach i ciemno zielonymi oczami. Miała na sobie biały fartuch, a na prawej piersi plakietkę z napisem "Dr. Eiko".
-Sakura, kopę lat! - krzyknęła z ciepłym uśmiechem na ustach. Napięcie w jednej chwili wyparowało. Blondynka skrzywiła się, znów przegrała z Sakurą.
-Mam do ciebie prośbę. - podeszła do nieco starszej kobiety. Miała ona bowiem 24 lata, a wyglądała na 18. Powoli szły jednym z wielu korytarzy.
-Więc, o co chodzi? - zapytała starsza z nich.
-Dzisiaj wyruszamy do Suny. Pamiętasz jak ci opowiadałam o tym medyku, Hayato? - brązowowłosa kiwnęła potwierdzająco głową -Obiecałam mu kilka roślin... - na koniec lekko uśmiechnęła się do kobiety.
-A co ty będziesz z tego mieć, co? - zapytała podejrzliwie.
-Obiecał kilka roślin od siebie. - ciemno zielone oczy zabłysły, a na ustach pojawił się chytry uśmiech. Nagle pociągnęła zielonooką za rękę i przyspieszyła.
-Dam ci wszystkie rośliny jakie będę mogła, a ty w zamian dasz mi kwiat piasku! - krzyknęła uradowana. Różowowłosa zgodziła się na taki układ. Weszły do ogromnego pomieszczenia, w którym aktualnie nikogo nie było.
-A więc, co potrzebujesz? - zapytała nadal podekscytowana kobieta.
-Potrzebuję Złocisty Kwiat, liść Krwawca i korzeń Śmiertnika. - wymieniała z zamkniętymi oczami. Nie zorientowała się nawet kiedy kobieta położyła przed nią siatkę z roślinami. Zaskoczona dziewczyna zachichotała.
-Bardzo zależy ci na tym kwiatku. - po tym Eiko zaprosiła ją na herbatę.

Trochę później

Gdy zielonooka weszła do domu uprzednio ściągając buty, położyła siatkę na blacie w kuchni i spojrzała na zegar. Była już osiemnasta pięćdziesiąt osiem. Wzięła szybki prysznic i przebrała się w swój "słóżbowy" strój. Spakowała do kabury broń, wzięła zwój, w którym pieczętowała ważne rzeczy i zeszła na dół. Położyła zwój na stole, rozwinęła go i zapieczętowała rośliny. Sposób ten był bardzo praktyczny. Wyszła i po chwili była już przy bramie. Zdziwiła się, gdy okazało się, że nie ma jeszcze Yamato. Nie zdąrzyła nic powiedzieć, gdy za nią pojawił się lider.
-Skoro wszyscy są, możemy ruszać. - wszyscy skinęli głowami i wyruszyli. Yamato jako pierwszy, Naruto i Sai zaraz za nim, a Sakura na końcu. Podróż minęła spokojnie. Prócz kilku ninj z Konohy i jakiegoś alchemika ze swoim straganem nikogo nie spotkali. Sprzedawał on jakieś mikstury siły po energetyczne, ale nie wyglądały na dobre do sporzytku, a ich zapach, a raczej smród potwierdzał to stwierdzenie. Chociaż Naruto chciał kupić jedną z ów fiolek, reszta grupy odciągnęła go od tego pomysłu. Gdy dotarli do Suny było już ciemno. Zatrzymali ich strażnicy, ale po krótkich wyjaśnieniach Yamato zostali wpuszczeni do wioski.
-I to ma być misja rangi S?! To nawet nie zasługuje na rangę A! - krzyczał zawiedziony blondyn. Wszyscy ludzie w pobliżu patrzyli na niego jak na wariata.
-Ludzie się patrzą Naruto! Ucisz się. - powiedział lider. Po tych słowach z ust blondyna prócz jęknięcia niezadowolenia nie wyszło żadne słowo. Po chwili znaleźli się pod drzwiami kage. Po pukaniu Yamato i usłyszeniu "wejść" znaleźli się w biurze Gaary. Cała czwórka skłoniła się witając głowę Suny.
-Witaj czcigodny. Przybywamy z misją przekazania zwoju od hokage wioski liścia. - powiedział najstarszy w pokoju i położył ów zwój na biurku kazekage.
-Chciałbym was poprosić abyście zostali na noc w wiosce piasku i przekazali jutro zwój waszemu hokage. - powiedział jak zawsze obojętny Gaara -Oczywiście zapłacę za wykonanie misji. - dodał szybko. Oczywiście zgodzili się i po dogadaniu gdzie mają spać, wyszli.
-Jestem mega zmęczony, nie wiem jak wy, ale ja idę spać! - powiedział Naruto ziewając przy okazji.
-Muszę coś jeszcze załatwić, do zobaczenia! - machając im na pożegnanie zniknęła za rogiem. Chciała mieć to od razu z głowy, więc pobiegła w stronę szpitala Suny. Tak samo jak w Konoszy tak w Sunie szklarnia była w szpitalu. Tyle, że była mniejsza. Weszła na hol i odpuszczając sobie pogawędki z recepcjonistką ruszyła w stronę szklarni. Moment później stała przed wielkimi, podwójnymi drzwiami. Były szklane, więc było widać wnętrze z korytarza. Nad wejściem znajdowała się tabliczka z napisem "Szklarnia", a na drzwiach po lewej stronie "NIE WCHODZIĆ". Nie przejmując się napisem, pchnęła drzwi i weszła do środka.
-A co ty tu robisz?! Chyba widać ten wielki napis na drzwiach "NIE WCHODZIĆ" - krzyknęła jakaś kobieta w fartuchu. Miała czarne włosy i niebieskie oczy.
-Gdzie Hayato? - zapytała nie przejmując się poprzednią wypowiedzią nieznajomej.
-Dla ciebie DOKTOR Hayato! - krzyknęła naciskając na słowo "doktor". -Proszę stąd wyjść! - jej twarz zrobiła się czerwona ze złości i wymachując jakąś rośliną przed twarzą Sakury wskazała wyjście. Zielonooka spojrzała na plakietkę na prawej piersi niebieskookiej.
-Doktor Akemi? A więc Akemi ja...
-Kiedy zeszłyśmy na "ty"?! - znów wybuchła.
-Nerwowa jesteś, a złość piękności szkodzi. Powiesz mi w końcu czy jest tu Hayato? - zapytała na spokojnie, a niebieskooka już chciała coś odpowiedzieć, gdy do pokoju wszedł mężczyzna około dwudziestki. Miał kasztanowe włosy i zielone oczy.
-Sakura? - zapytał i podszedł do dziewczyny, a gdy był już blisko uwięził ją w ramionach. Czarnowłosej szczęka opadła.
-Mam te rośliny, w zamian chcę Kwiat Pustyni i liście Krwawca. - powiedziała, gdy tylko ją puścił. Położyła na blacie zwój i rozwijając go przegryzła sobie kciuk.
-Słyszałaś Akemi? No już przynieś te rośliny! - pogonił ją i podszedł do dziewczyny. Po tej wymianie poszła do hotelu, w którym mają przenocować. Pokój, który był wynajęty dla niej nie był jakiś ogromny. Ściany w kolorze piasku, komoda, łóżko, okno, stolik i dwa krzesła. Były też drzwi do łazienki. Postanowiła, że wykąpie się rano. Rozebrała się do bielizny i wgramoliła się na łóżko, ale upragniony sen nie nadchodził. Nagle za oknem dało się usłyszeć piorun. Zerwała się do siadu patrząc w okno. "Nawet w Sunie musi kiedyś padać.." -pomyślała i znów położyła się z małym hukiem na łóżko. Chwyciła poduszkę i przytuliła się do niej. Lecz sen nadal nie nadchodził więc leżała z otwartymi oczami patrząc w okno. W pewnym momencie przemknęła jakaś czarna smuga za oknem. Rozszerzyła oczy i wstała. Wyciągnęła kunai z kabury, która leżała na komodzie. Podeszła powoli do okna z wyczulonymi zmysłami. Otworzyła je i ta sama smuga przemknęła jej przed twarzą. Wystraszona rzuciła ostrzem, gdy po chwili zorientowała się, iż czarna smuga to tak naprawdę kruk. "Kruk w Sunie?! Nie ważne..." - pomyślała i zamknęła okno odwracając się do niego plecami i zjeżdżając plecami po ścianie. Serce nadal waliło jakby chciało wyskoczyć z piersi. "Tej nocy raczej nie zasnę.." - pomyślała oplatając kolana rękami i chowając głowę w kolana. Po jej twarzy spłynęła jedna, mała łza.

~~~~~~~

Z góry przepraszam za błędy.
Nareszcie! Chyba z półtorej godziny przepisywałam to xD Nie ważne, dziękuję za uwagę i zapraszam do komentowania :3 Sama nienawidzę jak ktoś dodaje nieistniejące postacie do opowiadań, ale te dodane przeze mnie nie będą istotne xD Najwięcej kłopotów sprawiło mi wymyślanie nazw :p To ja spadam zrobić sobie kanapkę xD
Baju :**

sobota, 25 kwietnia 2015

Rozdział 2

7 komentarzy:

W ciemnościach po starej drodze kroczył czarnooki zabójca. Był ledwie widoczny w tym mroku. W prawej ręce ów człowiek trzymał katanę poplamioną krwią osoby, która od kilku minut leży martwa kilka kilometrów od bruneta. Właśnie wracał z misji przejęcia zwoju i zabiciu informatora. Jak zawsze nie trwało to długo. Żadna misja tego typu nie sprawiła mu nigdy trudności. Jeszcze raz spojrzał na zwój w swojej dłoni. Schował go do kieszeni i ruszył do Orochimaru aby oddać mu swoją zdobycz. Po chwili znalazł się przy wejściu do kryjówki swojego schorowanego nauczyciela. Ciekawiło go co w tym jest takiego ważnego, że musiał po to biec tyle kilometrów. Trochę mu nie odpowiadała tajemniczość nauczyciela. Po przejściu wielu krętych korytarzy nie siląc się na grzeczność wszedł do pokoju bez pukania, w którym urzędowował wężowaty.
-Mam ten twój kawałek piapieru. - powiedział i wyciągnął przed siebie wspomniany przedmiot w stronę leżącego na łóżku Orochimaru. Nie umknął uwadze bruneta podstępny uśmiech.
-To wspaniale! Proszę podaj mi go... - powiedział wyciągając rękę ku Sasuke. Czarnooki spojrzał na zwój, a potem na Orochimaru. Schował zwój za plecami i powiedział:
-Najpierw powiedź po co ci on jest. - powiedział i zmarszczył czoło. Jego nauczycielowi się to nie spodobało. Zrobił skwaszoną minę, gdyby wzrok potrafił zabijać, młodszy z nich leżałby martwy.
-Sasuke, Sasuke... Od kiedy ty się moimi sprawami interesujesz? - powiedział niezadowolony -Oddaj mi to. - powiedział z jadem w głosie. Czarnooki wściekł się. Wyciągnął katanę i zwrócił ją ku wężowatemu. Nie odpowiadała mu taka odpowiedź ze strony długowłosego. Orochimaru też zmarszczył czoło i zacisnął pięści.
-Interesują mnie od kiedy stałeś się taki tajemniczy. Gadaj po co ci ten zwój i co konbinujesz albo przestaniemy współpracować. - powiedział groźnie. Jednak przeciwnik był nieugięty.
-Uspokój się... Nie powiem ci co tam jest, przynajmniej na razie. Odłóż tę broń, bo nie opłaca ci się ze mną walczyć. - powiedział pewny siebie, gdy nagle Sasuke aktywował sharingan. Rzucił się na byłego sprzymierzeńca. I tak miał to w planach od jakiegoś czasu. Dzięki elementowi zaskoczenia zdołał zranić wężowatego. Zaczęła się walka na dobre. Po chwili chłopak aktywował pieczęć.

Po walce

Gdy pokonał Orochimaru okazało się, że zwój został zniszczony. Jego przeciwnik był na tyle sprytny, że podczas walki zniszczył go przy pierwszej okazji. Ze zwoju został sam popiół. Chłopak skrzywił się stwierdzając ten fakt. Po chwili wpadł na pomysł i postanowił stworzyć drużynę aby było łatwiej mu zemścić się na bracie. Wiedział, że sam nie da rady. Postanowił uwolnić najsilniejszych shinobi z kryjówki swojego byłego nauczyciela pod warunkiem wstąpienia do jego drużyny. Najpierw dołączył do niego Suigetsu, który był uwięziony w wodnym pojemniku. Później do jego drużyny dołączyła Karin - kounchi o umiejętnościach medycznych, a także o zdolności wyczuwania chakry z dużej odległości. Ostatnia osoba jaka dołączyła do Sasuke był Juugo. Karin miała wątpliwości co do niego. Uważała go za psychopatę, ale w ostateczności stworzyli grupę, którą nazwano Hebi.

3 miesiące później

Wszyscy przywykli do nowej sytuacji. Byli bardzo potężną grupą. Nie mieli żadnej siedziby, podróżowali całe dnie zbierając potrzebne informacje zatrzymując się tylko na noclegi. Właśnie zdobyli ważny zwój dla wioski ukrytej we mgle. Zdobyli ostatnio wiele nieistotnych informacji na temat Akatsuki, a przynajmniej żadnych nowych informacji. Siedzieli nad rzeką odpoczywając.
-I co? Jest tam coś istotnego? - zapytał znudzony Suigetsu. Od dawna nie znaleźli niczego ważnego. Czarnooki przeczesał prawą ręką włosy, a lewą wyrzucił zwój. Spojrzał na Suigetsu i odpowiedział wściekły:
-Same śmieci! Nic istotnego nie mają w tych wioskach. - odpowiedział poirytowany. Wtem Karin podeszła do chłopaka. Zatrzymała się przed nim łapiąc się za biodra. Poprawiła okulary, uśmiechnęła się z dziwnym błyskiem w oku i przybrała "seksowną" pozę.
-Och Sasuke-kun, nie denerwuj się! Na pewno znajdziemy coś ważnego w następnej wiosce! - powiedziała swoim piskliwym głosem. Juugo wstał i wymamrotał coś w stylu "Idę po drewno" i zniknął.
-Buddo! Jakie nudy. Dawno nie natrafiliśmy na kogoś kto umie się bić. - powiedział Suigetsu i położył się na plecy na trawie po czym położył głowę na ręce. Rudowłosa odwróciła się w jego stronę i skrzywiła się.
-Zamknij się! Jeżeli nie masz nic mądrego do powiedzenia to się lepiej zamknij! - powiedziała przymykając oczy i krzyżując ręce na piersiach. On jak na zawołanie wyprostował się i usiadł po turecku.
-A co ja takiego powiedziałem?! - wydarł się prostując ręce. Wtedy czarnowłosy przymknął oczy i zmarszył czoło.
-Obydwoje się zamknijcie i zajmijcie się czymś pożytecznym, tak jak Juugo na przykład. - powiedział zirytowany. Spojrzeli na niego obydwoje i poszli rozstawić namioty jak i przygotować jakiś posiłek. On zaś spojrzał na zachodzące słońce i nie wiedział czemu, ale przypomniały mu się dawne czasy. Czasy drużyny siedem, gdy wszystko było takie łatwe. No, może nie zawsze. Przypomniał mu się głupkowaty Naruto i irytująca Sakura. Wziął głęboki oddech i wypuścił powietrze z głośnym świstem. Ciekawiło go co się z nimi dzieje, ale czemu? Przecież nie powinno go to interesować. Wyzbył się tych myśli i podszedł do swoich kompanów. Po posiłku ustalili, że pierwszą wartę obejmie Juugo, a następnie Suigetsu, potem Sasuke, a na końcu Karin. Po naradzie zasnął pod drzewem. Uwielbiał spać pod gołym niebem. Wydawało mu się, że minęło kilka minut, gdy nagle ktoś go zaczął przytulać i szeptać do ucha "Sasuke-kun".
-Sakura daj mi spokój... - wymamrotał. Głos ucichł, a po chwili z ciemności usłyszał:
-Jaka Sakura, co?! - ocknął się -To ja, Karin, kotku. - wymamrotała mu szeptem drażniąc jego skórę -Kto to niby jest? Twoja była? Hmm... - znów usłyszał ten drażniący głos. Zmarszczył czoło i spojrzał na nią srogo.
-Złaź ze mnie! - powiedział na co ona się "niewinnie" uśmiechnęła.
-Jak powiesz mi kim jest ta "Sakura" - powiedziała na co on się zirytował.
-To ja tu ustalam warunki. - zrzucił ją z siebie i podniósł się do siadu. -Czemu mnie obudziłaś do cholery? - zapytał wściekły.
-Twoja kolej na wartę. - powiedziała poprawiając okulary i przeciągając się, wstała.
-To dlaczego, to nie Suigetsu mnie obudził? - zapytał znudzony.
-Temu debilowi pomyliły się kolejności... Jest do bani, prawda? - zapytała patrząc na śpiącego Suigetsu.
-Idź spać, ja idę trzymać wartę. - powiedział i już kierował się w stronę kamienia, na którym trzymali wartę, gdy Karin chwytając go za rękaw, zatrzymała go. Spojrzał na nią zdziwiony i zły wyczekując tego co powie. Ona spojrzała mu w oczy uśmiechając się dziwnie.
-Kim jest ta Sakura? - zapytała.
Znudzony szarpnął ręką aby go puściła i stojąc plecami do niej wziął kolejny głęboki oddech.
-Idź spać... - powiedział naciskając na obydwa słowa. Po chwili usłyszał jęknięcie irytacji i oddalające się kroki, moment później dziewczyny nie było, a on mógł pójść pełnić wartę. Gdy usiadł na kamieniu i spojrzał w górę. "Czemu ty, co Sakura? Sam nie wiem..." Noc minęła spokojnie, a on mógł przez ten czas wspominać stare czasy jak i planować co dalej.

I koniec :) Mam nadzieję, że da się przeczytać xD A więc to był rozdział z perspektywy Sasuke, mam to kontynuować? Poprawiałam to wiele razy i nadal myślę, że jest do kitu... Ale pewnie czytelnik ma inne odczucia niż autor. Jeżeli kontynuować to będę czasem coś pisać z jego punktu widzenia xD Dobra do zobaczenia w następnej części :*

layout by Sasame Ka z Zatracone Dusze